niedziela, 27 stycznia 2013

Dziadek z Babką żyli w zgodzie… W styczniu mam do nich słabość. Croissanty Pierra.


croissanty - rogaliki półfrancuskie (6)

Ona urodziła się w Oszmianie pod Wilnem (teraz Białoruś), a on w Michalowie w okolicach Zamościa. Ona chodziła do Gimnazjum im. Piłsudskiego w Wilnie, a później przez 3 lata “do zakonnic”, które prowadziły szkołę krawiecką, on miał zostać młynarzem, ostatni rok mu został. Kiedy ją zabierali, w 42r., koleżanki namówiły ją, aby w rubryczce narodowość napisała Litwinka, wtedy będzie miała lżej… Ją wywieźli do Himbach, jego dwa lata wcześniej ok. 20 km dalej, do Eckartshausen w okolicach Hanau (miasta braci Grimm…) w Hesji w Zachodnich Niemczech. Ona zajmowała się domem i dzieckiem “dygnitarza”, który pracował we Frankfurcie, on pracował w gospodarstwie. Spotkali się kilka razy i spodobali się sobie. Ona, od swojej gospodyni, dostała zakaz spotykania się z tym Polakiem, który nosił literkę “P” na rękawie. “Przecież jesteś Litwinką, nie możesz się z nim zadawać…!”. Nie widzieli się rok… Ktoś powiedział Paulowi, że nadal się jej podoba, że cały czas o nim pamięta…

croissanty - rogaliki półfrancuskie (7)

Nadszedł rok 1945. Spotkali się raz, czy dwa razy…, skończyła się wojna, przyszli Amerykanie, zaczęli tworzyć obóz “oczekiwania” tylko dla Polaków, dla 3 tysięcy ludzi. “Ten dla ruskich był po drugiej stronie ulicy”. Przyszła wiosna, on odszedł od Niemców i z kolegami pojechali, aby ja zapytać, czy jedzie z nimi do obozu, do Hanau. Tam Paul był blokowym, do którego należało zwoływanie zebrań i rozdawanie jedzenia dla wszystkich. Mijały słoneczne dni, kwiaty wychylały się z ziemi czując nadejście nowego… Ludzie cieszyli się i martwili jednocześnie.
Trzy tygodnie na zapowiedzi czekali, a msze św. były co niedziela. 19 sierpnia wzięli ślub. “Stefka, wiesz Twoja babcia, sukienkę z koleżankami załatwiała, …chyba od kogoś kupiła…, trzewiki miała białe z czarnymi czubkami, a mi garnitur uszył krawiec, z wioski oddalonej o 10 km od Hanau, ale to Polak był. Ubranie dosyć eleganckie, bo nowe” – wspomina. Zdjęcia zrobili pod drzewami w koszarach. Wesele dla siedmiu osób, odbyło się w jednym z pokoików w koszarach. Świadkami była ciocia Janka (dziadka siostra cioteczna, której już nie ma z nami - pisałam o niej tutaj), z przyszłym mężem. “Ksiądz dał ślub, miałem trochę wina, wódkę z cukru zrobiłem…, jedzenie było z koszar. No i co…, pojedli, popili, pocieszyli się i tyle, a tydzień później Janka z Zygmuntem wzięli ślub”.
Później wrócili transportem do Polski. Jechali dwa dni. Pamięta jak ona w wagonie, jadąc przez Pragę, pytała “Paweł, a może pojedziemy do Kanady…?”, a on ze złością odpowiedział: “Nie. Będziemy jeść chleb z solą, ale w Polsce…!”.
Przyjechali do Dziedzic, jedząc amerykańskie konserwy, przez tydzień czekali na repatrianckie papiery, bo jak mieli papiery, to byli trochę bardziej bezpieczni, “bo w Polsce te piekielne bandy, co to wiesz, trochę ich jeszcze żyje dalej…, napadały na Polaków wracających z zagranicy”. Przyjechali do ciotki, która wcześniej wychowywała dziadka, do Wólki Nieliskiej i tak powoli zaczęli życie w biednej Polsce.
Pierwsza na świat, w marcu 1946r. przyszła Józefa zwana Ireną, później Janek (właśnie minęła 5 rocznica jego śmierci), dalej Piotr, Danka, Wanda, Teresa i na końcu w 59r. Urszula. Stefania miała wtedy 37 lat. Tylko tyle…, i aż tyle przeszła… Była tą “lepszą”, kochaną babcią.

Teraz, z babcią Stefcią, od 15 lat spotykamy się tylko na cmentarzu. Dziadek w maju będzie obchodził 12 rocznicę ślubu z “nową” żoną Tereską, a w styczniu skończył 92 lata… Ot tak sentymentalnie Dzień Dziadka nam minął. Z obecnością mamy (Wandy), “babci” Tereski i moją. Do tego czekoladki z nadzieniem, które dziadek tak lubi, ciasto mamy (Nie Ewelinka piekła…? Czemu…?)  i kawa, na sam zapach której odzyskuje siły.

dziadek
                                                           zdjęcie z przed roku

Croissantów, które właśnie u mnie goszczą, babcia nie piekła, ale kruche rogaliki już tak. Croissanty wpasowują się tu jednak całkiem w sam raz. Dziadkowi by smakowały. Może innym razem. Tym razem z wiśniową konfiturą, chociaż najlepsza morelowa, Można posmarować masłem i obłożyć sałatą, czy wędliną, ale to już jak kto lubi… A przepis jest tutaj. W styczniu mam do nich słabość…:)

croissanty - rogaliki półfrancuskie (4) croissanty - rogaliki półfrancuskie (5)  croissanty - rogaliki półfrancuskie (8)

 Dobrego, zgodnego tygodnia, moi Mili!

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Rozgrzewająca zupa czosnkowa z orzechami się kłania…:)


    IMG_3497

Kiedy razem z moją siostrą i braćmi mieszkaliśmy w domu z rodzicami, nasze ówczesne troski (mierząc dzisiejszą miarą naturalnie) miały smak raju i obiadów przyrządzanych nierzadko przez nas samych. Każdy z nas, dzieci i dorosłych miał  danie obiadowe, które najbardziej lubił robić. Nie można było tego nazwać daniem popisowym, bo chodziło o to, aby nakarmić 6 głodnych osób, które wróciły ze szkoły, czy pracy, zrobić to, co się lubi i nie wysilić się zbytnio... No i jeszcze żeby wszyscy chwalili… Wiadomo. W przypadku mamy, sprawa była i jest oczywista, bo robiła wszystko, ale najbardziej lubiliśmy duszone schabowe z ananasem. Do dziś nam zostało. Tata był specjalistą od omletów, smażenia kani jesienią i robienia kopytek na różne sposoby. Najładniejsze były te z drobno pokrojoną pietruszką, którą dodawał do ziemniaków. I nie robił tych kopytek z ziemniaków ugotowanych dzień wcześniej, ale gotował specjalnie, mielił, wyrabiał, kroił, gotował, a później na obiad były zielone kopytka smażone. Bez dodatków. Li i jedynie. TYLE i tyle, jeśli chodzi o rodziców, przy czym to tata był kierownikiem restauracji…

Często mama przygotowywała jakiś konkret (czyli mięso, kotlety fasolowe, czy sojowe) dzień wcześniej, a któraś z nas, starszych sióstr dla dwóch młodszych braci, musiała obrać ziemniaki, zrobić surówkę (zazwyczaj dwie, trzy). Dość często jednak, kiedy już chłopcy podrośli i siły jako-tako się wyrównały, to nam, dzieciom, które wcześniej były w domu, przypadała rola zrobienia obiadu dla wszystkich. Wszyscy lubiliśmy najszybszy obiad na świecie, czyli jajko smażone, ziemniaki i mizerię. Ale codziennie tak nie można, przynajmniej według mamy. Dlatego, każdy z nas miał coś swojego, co lubił robić. Michał przyrządzał zupę buraczkową. Łukasz, kiedy jego zadaniem było wszystkich nakarmić, obierał stosy ziemniaków i na kilku patelniach smażył frytki, albo placki ziemniaczane. Bernadeta przeważnie wymyślała, jak mama, i robiła swoje wersje różnych dań, a ja, kiedy tylko przychodziła moja kolej, robiłam prościuteńką zupę czosnkową. Kiedyś zazwyczaj na łopatce - z polecenia mamy.

IMG_3481

Do dziś lubię ją robić i jeść. W obecnej wersji jest to zupa na bulionie, albo bulionie w proszku (tym bez glutaminianu sodu). Ostatnio dodałam do niej  orzechy włoskie, które nadały jej posmak… kalafiora, którego szukanie w zupie jest czymś oczywistym. Ale nie musisz dodawać orzechów, wtedy otrzymasz dawną wersję. Zupa jest smaczna, prosta, konkretna i bardzo rozgrzewająca. W sam raz na te minusy na termometrze. Dwie miseczki ‘musowo’.

IMG_3486

Zupa czosnkowa z orzechami włoskimi 
6-8 porcji

2 l wody
750g ziemniaków
3-4 marchewki
korzeń pietruszki
6 łyżeczek bulionu (albo 2,5-3 kostki bulionowe)
6 ząbków czosnku
100 g orzechów włoskich (opcjonalnie)
1 szkl. śmietany 18%
1 łyżeczka mąki pszennej

1. Do gotującej wody wrzuć bulion i pokrojone na większe kawałki ziemniaki. Po dłuższej chwili dodaj pokrojoną marchewkę.
2. Czosnek przeciśnij przez praskę, albo pokrój drobniutko. Dodaj do zupy, kiedy ziemniaki będą miękkie.
3. Orzechy zalej gorącą wodą, aby zmiękły. Po odcedzeniu dodaj do zupy.
4. Teraz wymieszaj pół szkl. śmietany z łyżeczką mąki w miseczce. Dodaj trochę zupy i dokładnie wymieszaj. Teraz dodaj resztę śmietany i jeszcze trochę zupy. Jeśli nie udało Ci się dokładnie wymieszać, albo dla pewności, przelej śmietanę przez sitko od razu do zupy. Zupę podawaj udekorowaną pietruszką. A jak kto musi, to jeszcze z chlebem, czy grzankami.

 IMG_3512

Dzisiaj św. Agnieszki! Najlepszego i najpiękniejszego wszystkim Drogim Agnieszkom tu zaglądającym! Świętuję z Wami i zaraz dzwonię do tych, które znam!
Do tego Dzień Babci, ale czy zaglądają tu jakieś babcie…??? W każdym razie niech dzisiejsza obecność, czy telefon od wnuków, będzie dla Was pociechą! Ja swoim Babciom posyłam buziaki w stronę nieba... A Tym z Was, którzy do babć się wybierają, przyjemnych spotkań przy herbatce, kawce i dobrym cieście - niewątpliwie.

Niech ten tydzień będzie dla nas łaskawy! Do przeczytania, moi Drodzy!


czwartek, 17 stycznia 2013

A może zimą nad morze..?


 poczta zimą

Chociaż śnieg zdumiewa i cieszy mnie każdego ranka, skrząc się w poświacie statycznych świateł latarni, to ten za miastem jest zupełnie innym śniegiem. Zatem pora wstać, wyruszyć w drogę… Zajrzeć za rogatki… Popatrzeć na las otulony śnieżnym puchem, na trzciny przypudrowane i pałki w białych czapkach drżące, na pola śniegiem obsiane i drzewa jak niedźwiedzie drzemiące.

IMG_3332Spacerkiem nad morzem Niechorze IMG_3373

Zaraz za Kanałem Resko mam tę odrobinę szczęścia i spotykam dwie sarny, które przebiegają mi drogę. Znikają. Mimo wszytko zatrzymuję się tam, gdzie one wcześniej, wyłączam silnik i nasłuchuję… Cisza… Nagle trzask pojedyncze złamanej gałązki i dwoje oczu spoglądających prosto na mnie… Za chwile druga para... Przez chwilę wpatrujemy się w siebie… ale nadjeżdżający samochód płoszy sarny i uciekają w stronę wydm. A ja dalej w drogę.

sarenka na mrozie (1) sarenka na mrozie (2) sarenka na mrozie

Jadę wolniej czując radość tego spotkania w najmniejszych komórkach mojego ciała. Rozglądam się na obie strony oczekując jeszcze...
Zwierzęta, które spotykam w lesie za każdym razem powodują, że gdzieś w okolicach górnych kątów łopatek wyrastają mi… skrzydła:).

pola w zimowej szacie (1) IMG_3384pola w zimowej szaciepola w zimowej szacie (2)Spacerkiem nad morzem Niechorze1trzciny zimą (1) Spacerkiem nad morzem Niechorze2

Śnieg za miastem to zupełnie inny śnieg, ale ten nad morzem jest całkowicie innym śniegiem kiedy tak widzimy go z daleka i nie wiemy czy jest już śniegiem samym, cukrem pudrem, czy może piaskiem aż tak białym, że mrużymy oczy. A może przestrzenią wielką, westchnieniem i oddechem jednocześnie. Krok za krokiem po śniegu w nowe…, czyste…, nieskalane…, piasek biały jak puch, a horyzont jak milczenie… rozszerza się cały tylko dla mnie. Dla mnie i dla każdego z nas na tej plaży. Dla każdego osobno. Dla pary mocno trzymającej się za ręce przede mną, dla pana w zielonym odblaskowym sztormiaku i dla chłopaka z przeciwka, w czerwonej kurtce, który właśnie wyszedł pobiegać. Każdy ma SWÓJ HORYZONT, swój śnieg, swoje przemyślenia, odczucia i swoją radość niepowtarzalną, albo swoją melancholię właściwą tylko temu czasowi, temu niepowtarzalnemu tutaj i teraz… Moja radość przypływa z  każda nową falą. Tabula rasa… jak śnieg. Początek i… wszytko przed nami.

Bałtyk zimą (7) Bałtyk zimą (6)Bałtyk zimą Bałtyk zimą (5)

To nic, że śnieg nagle zacina aż dech zapiera i odbiera głos. Nagle, kiedy spostrzegam foremkę do babki z pasku zostawioną tu kiedyś latem, przychodzą wspomnienia czasu, kiedy wszytko było proste. Wspomnienia przyklejonych nosów (moich i siostry) do szyby kiedy padał śnieg, rysunki na zmarzniętych szybach.., chodzenie po zaspach największych i radość z tego, że się człowiek zapadł najgłębiej ze wszystkich…, a później mnóstwo śniegu w walonkach. Czarne futerka kupione u ruskich w Bornym Sulinowie.Wspomnienia niedzielnych kuligów organizowanych prze tatę.  Mama opatulająca nas jak “na wojnę” . Ciepły szalik i tłusty krem Nivea. Kilka par sanek dzieciaków z ulicy i ja ZAWSZE na końcu.

Maluch pędzi, ja na brzuchu trzymam się sanek najmocniej jak potrafię, coś krzyczę z radości…,  śnieg spod płóz przede mną i kół samochodu przykleja się do rzęs, osiada na ustach – odruchowo zlizuje go czym prędzej - osiada na szaliku, zamarza, sztywnieje, ale ja tego nie czuję, mrużę oczy i ‘uhahana’ wewnętrznie proszę, aby moje sanki znów się “urwały”. Zatem postój, nowie wiązania i nadzieja taty, że “już teraz wszytko będzie dobrze” powiązana z moją, całkiem przeciwną, ale tylko w duchu szeptaną, że właściwie to… mogłabym urwać się jeszcze raz…:):):):).. Saneczkarstwo na brzuchu i radość w czystym wydaniu…!
Później chwilowy żal, że to już koniec, że powrót. Umowa z tatą, że za tydzień znów. A w domu zostawianie mokrych ubrań na w przedpokoju, policzki zaróżowione od śniegu, ciepła kuchnia, mama czekająca z pachnącym obiadem i zamarznięte ręce koniecznie myte w zimnej wodzie…A później zdziwienie, że sie rozgrzewają.

Ach co to była za radość dzika, co to była za radość szalona….! Kto doświadczył kuligów ten wie…

Spacerkiem nad morzem Niechorze3 Spacerkiem nad morzem Niechorze4     Spacerkiem nad morzem Niechorze6Spacerkiem nad morzem Niechorze5Spacerkiem nad morzem Niechorze7lampa nad morzem sikorki zimą, rokitnik (2)IMG_3454

Czas wracać. Rzucam okiem na łodzie rybackie, na sikorki wcinające rokitnik (z którego przepyszne nalewki- ha..., zmarzniętemu nalewka na myśli...), wyławiam kolory nadziei i czuję jak z każdą falą przypływa wszytko co dobre i piękne, co niesie pokój. Z odpływem fali zostawiam to, czego nie chcę, to czego nie lubię, i to, co mi naprawdę nie służy. Z nową siłą, z nową mocą i energią, którą daje mi przestrzeń wracam do siebie. Na zupę czosnkową, ale o tym następnym razem...

morze w Dźwirzynie

sobota, 12 stycznia 2013

Malinowe sernikobrownie z sosem malinowym i… zima wróciła…!



    sernikobrownie malinowe z sosem malinowym (4)

A zatem pada…! Pada, proszę Państwa…!!! Jest sobotnie przedpołudnie i śnieg leży, jednocześnie cały czas pada i raduje mi serce. Hmmm…, słupek rtęci w okolicach zera, trochę zmrożonej wody z nieba, a moje serce się rozpływa. Bo, powtórzę się pewnie, ja dzieciak w środku jestem...! Uradowana śniegiem, który przykrył wszytko, co brzydkie i sypie od czwartku, mam nadzieję, że ta zima zostanie na dłużej. Może znów będą góry lodowe na morzu i na molo da się wejść od tej drugiej strony… Tak było w zeszłym roku i dwa lata temu, teraz też,  poproszę… Rozmawiam z Jagunią, która mówi, że jeszcze nie uporała się z podsumowaniem starego roku i robi listę postanowień na nowy… Hmm… A ja nie podsumowuję nic. I nie robię listy… Chce się więcej uśmiechać i cieszyć życiem, jak tym śniegiem. To może niech to będzie ten plan. Mój plan na nowiusieńki rok:).

Malinowe sernikobrownie z sosem malinowym1Malinowe sernikobrownie z sosem malinowym


sernikobrownie malinowe z sosem malinowym (7)

Tyle czasu pracuję z Niemcami, a dopiero pierwszy raz usłyszałam, że babeczka  przed przyjazdem do Polski MUSIAŁA przeczytać “Viva Polonia” Steffena Möllera, czyli po naszemu “Polska da się lubić”. Nie wyobrażała sobie, że przyjedzie ot tak, po prostu… Zatem najpierw była książka, a teraz Kołobrzeg. Niesamowite… W jej oczach jesteśmy niezwykle życzliwym narodem. Teraz wie jak nas rozumieć. Hmm…, sami się nie możemy zrozumieć, ale jak już Niemcy nas rozumieją to… świat się zmienia;). A swoją drogą unikatowa sprawa z tym Steffenem. Sympatyczny image, dociekliwość językowa i sprytna inteligencja. Lubiłam go w “Europa da się lubić”. Teraz mieszka w Berlinie i opowiada Niemcom o Polakach i Polsce. Czyli odwrotnie niż kiedyś u nas.
W maju ukazała się jego kolejna książka „Wyprawa do Polaków” ("Expedition zu den Polen"- na razie tylko po niemiecku), która od tej pory utrzymuje się na niemieckiej liście bestsellerowej Spiegla. A w księgarni Hugen Dubel (odpowiednik polskiego Empiku) książka ta w sierpniu (Euro...!) zajmowała 6. miejsce na liście bestsellerów.
Ale, jak widać zapotrzebowanie na takie teksty jest wielkie, bo Polska stała się dla Niemców trzecim ulubionym krajem emigracyjnym i chyba pierwszym sanatoryjnym, czego jeszcze Steffen nie wie, ale to inna historia. Według Möllera od kilku lat “pcha się” do nas co roku ponad 12 000 obywateli niemieckich  szukając pracy (...???), szczęścia i miłości. Ponadto istnieje setki tysięcy niemieckich mężów polskich żon ( które według usłyszanych Niemców są bardzo piękne i kobiece, a nie tak, jak Niemki w spodniach...), którzy dwa razy w roku muszą jechać do teściowej w Lublinie, Szczecinie albo Opolu. Zatem znać najważniejsze polskie słówka, czy przesądy… ważna sprawą jest…A Steffen zna jeszcze cały kawałek o chrząszczu, co brzmi w trzcinie. Ja, co najwyżej, widząc piękne łąki i połacie pól śniegiem przykryte, śpiewam sobie w duchu “…Nawet rzeczki, nawet zdroje, wszystko to jest właśnie moje!"( i nie mogę sobie przypomnieć KTO to śpiewał? Jakiś ciemnoskóry gość - podpowiecie?)
Ale sernik już nie był cały mój, bo się podzieliłam:).
Brownie zwarte o bardzo głębokim smaku i wyjątkowe dzięki cukrowi z melasą, a malinowy sernik  delikatnie kremowy.  Z dodatkiem sosu malinowego... ech... rozpusta…

sernikobrownie malinowe z sosem malinowym (3)

Malinowe sernikobrownie z sosem malinowym

Warstwa kakaowa:
1 szklanka brązowego cukru trzcinowego z melasą
4 jajka
3/4 szkl. kakao
1/2 szkl. zmielonych migdałów
3/4 kostki MIĘKKIEGO masła

Warstwa serowa:
350g twarogu mielonego
niecałe 1/2 szkl. cukru
1 jajko
pół budyniu śmietankowego (20 g)-  można zastąpić mąka ziemniaczaną
1 szkl. ROZMROŻONYCH malin (albo świeżych)
1/2 szkl. całych, mrożonych(albo świeżych) malin do sernika

Sos:
2 szkl. malin mrożonych
cukier do smaku

1. Brownie: ubij jajka z cukrem na puszysta masę. Dodaj masło – zmiksuj dokładnie – migdały. Wlej do wysmarowanej tłuszczem tortownicy 21-23 cm.
2. Maliny przetrzyj przez sito i odstaw- później dołożysz je do sera
3. Nagrzej piekarnik do 180°C
4. Ser: zmiksuj ser z cukrem, dodaj jajko, później budyń. Teraz dodaj przetarte maliny i zmiksuj dokładnie. Wylej na brownie, które oczekuje w tortownicy.
Używając końca łyżki(czyli nie tej części, którą nabieramy) zrób na cieście “mazaki” zagarniając brownie od spodu. Dodaj całe maliny wrzucając je w ser. Wstaw ciasto do piekarnika i piecz 45 min. Poczekaj jak ostygnie, choć jeszcze lekko ciepłe jest wyśmienite.
Sos: maliny umieść w garnku – dodaj 4-5 łyżek cukru . Kiedy maliny się rozmrożą, sprawdź czy ilość cukru jest wystarczająca.
Do każdego ukrojonego kawałeczka sernika dodaj obfita łyżkę sosu z malin:)

sernikobrownie malinowe z sosem malinowym (2)

Mój plan na sobotnie południe – spacer w śniegu nad morzem:) A jak Wasze plany?

sobota, 5 stycznia 2013

Sernik cappuccino i życzenia na nowy rok


sernik cappuccino (2)

Witajcie Drodzy moi!
Po moim choróbsku zostało jeszcze trochę kaszlu, ale już jest dobrze.W minionym tygodniu, jak wszyscy przywitałam Nowy Rok. Fajerwerki nad kołobrzeskim ratuszem były imponujące. Oglądając je z okien na 11 piętrze zachwycałam się jak dziecko. Przez całe 12 minut uśmiech nie schodził mi z twarzy. Przepiękne barwy i kształty mieszały się z hukiem i okrzykami wyrażającymi nasz podziw. Nawet nie widzieliśmy tłumów “na ziemi”, tylko te wyjątkowe kolory i drogę, która pokonywały. Widok sprawiał, że czułam jakbym znajdowała się w samym środku każdej "kuli". Jakbym była bardziej TAM niż tutaj. W pewnym momencie deszcz spadających ogni wyglądał jak skrzydła, które właśnie zrzucają Anioły… Wszyscy byliśmy co do tego zgodni. Mały prezent od nieba. Zachwycające i wymowne. Na pewno zostanie w pamięci na długo.

Nawet nie zdążyłam Wam pokazać sernika, który upiekłam na Sylwestra, na czas wchodzenia w nowe… , bo nie było kiedy, a czas po... spędzałam w pracy po 10-14 godzin, a właściwie 14,10,14... Po pracy jedynie wanna i Larsson w kąpieli. Losy Mikaela i wyjątkowej Salander mieszające się z  hektolitrami kawy przelewającej się przez karty książki. Do tego zapach bułeczek cynamonowych, który towarzyszył bohaterom w podejmowaniu wielu trudnych decyzji. Efekt? Właśnie teraz, kiedy już wiem jak się nazywam, bo odespałam..., wyjęłam drugą partię tychże z piekarnika. I już tęsknię za trzecią częścią trylogii, która czeka na mnie w bibliotece.
Późno, a właściwie ciemno,  więc zdjęć nie będzie, pokażę Wam jednak gęsty esencjonalny sernik z niewielką ilości kawy. Każda warstwa ma swój charakter. Spód to chrupiące ciasteczka amaretti z mielonymi migdałami, następnie cieniutka warstwa ganache i warstwa serowa o smaku lodów kawowych, która jest gęsta i lekka jednocześnie, a czekoladowa góra to góra jedwabistej czekolady w pełnym tego słowa znaczeniu. Spód taki, bo tylko takie ciasteczka miałam w domu, wnętrze to ten sam sernik, który robiłam z dynią  ale wzbogacony o kawę, a góra wyszła trochę spontanicznie. Nie dodawałam mleka, bo nie miałam też czasu na osączanie twarogu, ale wyszło na jedno:). W każdym razie przedstawiam kawał smacznego sernika:) i
 Wszystkim Dobrym Duszom zaglądającym w moje progi życzę roku pełnego inspiracji. Roku, w którym nie będziemy się porównywać z innymi, bo każdy jest inny. Roku, w którym nie będziemy się martwić na zapas. Skupimy się na tym, co jest do zrobienia tu i teraz. Będziemy kochać i myśleć pozytywnie!

sernik cappuccino (1)

Sernik cappuccino na spodzie z amaretti

Spód:
200g ciasteczek amaretti
90g roztopionego masła
szczypta soli
50g mielonych migdałów
1 łyżeczka melasy (opcjonalnie)

Ser:
800g zmielonego twarogu( używam taki z wiaderka)
300 g mascarpone
3/4 szklanki cukru pudru
3 jajka
1 budyń śmietankowy (albo 40 g mąki ziemniaczanej)
1 i 1/2 łyżeczki rumu
2 łyżki (suchej) kawy rozpuszczalnej (Nescafe espresso)
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii(albo cukru waniliowego)
1 i 1/2 łyżeczki melasy

Na wierzch:
1 i 1/2 szkl. kwaśniej śmietany
1/3 szkl. cukru
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (albo cukier waniliowy)

Ganache:
1 i 1/3 szkl. kremówki
500g gorzkiej czekolady
1/4 szkl. likieru kawowego

1. Ciasteczka pokrusz używając tłuczka, masło roztop. Wszystkie składniki połącz, wylep nimi tortownice o średnicy 23 cm. Wstaw do zamrażalnika na czas robienia kremowej czekolady.

2. Kremowa czekolada - ganache:
Wlej śmietankę do garnczka i doprowadź ją do wrzenia, dodaj połamaną na kawałki czekoladę. Gotuj chwilę i dodaj likier. 1/3 kremowej czekolady wylej na spód ciasteczkowy, wystaw na balkon (jeśli to jesień lub zima, bo czas chłodzenia sie skróci), a później wstaw do zamrażalnika.

3. Ser i cukier zmiksuj, dodaj budyń.
4. Włącz piekarnik na 180°C.
5. W osobnej misce połącz rum, espresso,ekstrakt waniliowy i melasę. Dodaj do sera. Dokładnie wymieszaj.
6. Wyjmij z zamrażalnika tortownice wylepioną ciasteczkami  z warstwa zamrożonej czekolady i wlej w nią przygotowany ser. Piecz 1 godz. Po tym czasie otwórz drzwiczki piekarnika i przez 10 min pozwól mu odpocząć.  Składniki masy wierzchniej wymieszaj i polej wciąż jeszcze gorący sernik. Piecz 10-15 min. Ostudź. Chłodź w lodówce przez 3 godz., a najlepiej przez cała noc.
7. Następnego dnia udekoruj sernik czekoladowym kremem przy użyciu najzwyklejszej gwiazdkowej końcówki do dekoracji, takiej choćby jak moja, kupionej w jednym z marketów. Najpierw “narysuj” szachownic, później wyciśnij gwiazdki. Właściwie już możesz go kroić, ale lepiej będzie jak wstawisz sernik do lodówki na 1 godz.
 

sernik cappuccino

Do następnego!