środa, 2 października 2013

Słoneczna zupa z żółtych pomidorów i gruszek na początek października


zupa z zółtych pomidorów (15)

Nie mam czasu na życie. Praca… Wychodzę rano i wracam wieczorem. Nie ma kiedy piec i gotować. A jak już zawalę wieczór, bo coś upiekłam to nie mam czasu na sen… Ba…, nie mam czasu na żadne obiecane spotkania. A przecież  każdy dzień jest jak cud… Jak cud… powtarzam sobie i gdzieś w międzyczasie otwieram oczy na drobiazgi, przypominam sobie o ważnych Imieninach i Aniele Stróżu, co to przy mnie stoi wciąż...,  i obiecuję spotkanie.
Szybkie sałatki, fasola, ciecierzyca, avokado, jabłka, pomidory i papryka (te ostanie od mamy) dostarczają mi białka i witamin. Czasem pojęczę i porobię miny, ale nie narzekam, bo pracę szanować trzeba i tyle. Z utęsknieniem czekam na piątek po pracy, właściwie zaczynam czekać już w środę… Czasem - no.., może raz na tydzień…- jednak trafi się wolne popołudnie. Wtedy chciałabym tyyyle nadrobć… I głupieję.., tak, jak ostatnio. Z rozpędu i radości gotuję zupę dyniową, piekę tartę podgrzybkową i tartę śliwkową. Na kilka dni, jak się okazuje…, bo w socjalnej mikrofali też można odgrzać, i nie zostaje mi czasu na inne zaległości, o nadrobieniu których marzyłam...

Zupa z żółtych pomidorów1

Dziś właśnie skończyłam szybciej. I nie miałam żadnych postanowień poza… szarlotką. Taką malutką…, niezobowiązującą, bo przecież pyszne jabłka wokół. Ale najpierw konkretne jedzenie, więc wracając domu po pracy, kupiłam kawałek wędzonego łososia i jak każdy taki głodny wracający myślałam: “Co by tu…, co by tu dzisiaj…?”. Zamknęłam drzwi od środka, torbę rzuciłam na podłogę, bakłażanowy płaszczyk na wieszak, a baleriny spadły mi w locie… Głód sięgał kręgosłupa.
Pomidory leżały na kuchennym stoliku. Pomyślałam, że mogłyby wystąpić w roli szybkiej sałatki. Chciałam je pokroić, skropić olivą i octem smakowym, dodać łososia i orzechów i wciągnąć najszybciej jak się da, bo głód sięgał…

Zupa z żółtych pomidorów2

Ale stało się inaczej..., bo na parapecie leżały jeszcze trzy dojrzałe gruszki klapsy. Zjadałam jedną by zabić ten głód. Przyjrzałam się spokojnie słonecznej jesieni za oknem, zatrzymałam wzrok na wciąż kwitnącej lawendzie, rzuciłam okiem na dorodną jarzębinę…, zobaczyłam, że wrzos traci swoje piękne barwy. W tym momencie uczucie osłabienia jakby malało.… Zjadłam jeszcze jabłko i przestałam być tak bardzo głodna, więc… zrobiłam zupę. Bardzo szybką zupę. Łososia do niej pokroiłam cieniutko, a orzechy zalałam wrzącą wodą - kiedy zmiękły, dodałam do zupy. A zupa była baardzo dobra. To co…, polecam! Tylko dodajcie tego łososia i orzechy – koniecznie.

zupa z zółtych pomidorów (9)

Zupa pomidorowo gruszkowa
2-3 porcje

1kg pomidorów
2 słodkie gruszki
80g masła
2 łyżeczki słodkiej papryki
1 i 1/2 łyżeczki cukru trzcinowego
1 płaska łyżeczka soli
pęczek bazylii, albo półtorej łyżeczki suszonej

100-120g łososia wędzonego
3/4 kubka wyłuskanych orzechów włoskich

Orzechy zalej wrzącą wodą i zostaw na czas przygotowywania zupy aż zmiękną.
Pomidory sparz i zdejmij z nich skórkę. Gruszki obierz i oczyść z gniazd nasiennych. Jedne i drugie pokrój i włóż do garnka. Pogotuj 5 min., następnie dodaj wszystkie pozostałe składniki. Wszystko razem zmiksuj – ewentualnie dopraw jeszcze solą, bądź cukrem – smak zupy zależy od smaku i słodyczy pomidorów, których użyjesz.
Podawaj z cieniutkimi plasterkami łososia i dużymi kawałkami włoskich orzechów.

Zupa z żółtych pomidorów3

Oby do piątku...! Słonecznych dni Wam, życzę!

zupa z zółtych pomidorów (14)

wtorek, 24 września 2013

Tarta cytrynowo-jeżynowa i powrót, albo odwrotnie…


jezyny  (6)

Zatem wracam. Serce pozostanie dość mocno zmienione, bo działo się bardzo wiele i… zmienił się Punkt Odniesienia. Trzeźwym umysłem staram się ogarnąć wszytko to, co zaniedbałam ostatnio. 
 
Słoneczna sobota była dobrym dniem na porządki. Wyszłam na taras. Wyrwałam sałatę, która pozwoliła sobie zakwitnąć, zebrałam przedostatnie już  może ogórki na mizerię. Z suchych lisków oczyściłam miętę i szałwię. Cieszyłam oczy lawendą, która wraz z wcześniejszymi deszczami odzyskała drugą młodość. Z dumą patrzyłam na marchewkę, której wiosną cztery rządki posiałam.
 
Nowy folder
Nowy folder1
 
A później z mądrą książką i podwiniętymi nogami usiadłam na ciepłym tarasie. A mój buziak, jak to z nim bywa... bywał w książce i zbierał pocałunki słońca współistniejąc z nowymi zmarszczakami. Do tego podwójne espresso i pyszna tarta z sosem jeżynowym. Powrót do domu. I już się uśmiecham, już patrzę pogodniej, bo wszystko się zmienia, ale trzeba  żyć dalej. Niby nic, a porządek, cisza, spokój i świadomość tego, co ważne przywracają harmonię. Nadal pojawia się wiele "gdyby"… i nic już nie będzie tak samo. Niektóre zdania już nie zostaną wypowiedziane, innych nawet nie będę zaczynać… Pytania, które były na porządku dziennym, już się nie zdarzą… Pewna Opowieść się skończyła. A jej początek jest TUTAJ.
 
jezyny  (1)

Bo...dawniej było lepiej...  mówił mój dziadek... Wszystko przemija... powtarzają mędrcy i prostaczkowie. Tak samo mówią rodzice i wreszcie my sami, gdy dojrzejemy. Coraz bardziej doświadczam tej przemijalności. Czuję jak ucieka to, co bliskie, choć błahe i żal..., a czasem coś tak ważnego, że koniecznie chciałabym to zatrzymać...i żal ZA duży.
Tak, jak z latem, które zamknęło swój kalendarzowy rozdział, ale czasem jeszcze odwraca głowę posyłając mi coraz słabsze promienie swego ciepła. Zostawia lekkie, miękkie światło padające z ukosa, z drzew zrzuca kolorowe liście, przynosi krótsze dni i mgły o świcie i zdziwienie, że to JUŻ...??? Do tego wielkie owocowe bogactwo: dynie, śliwki, soczyste jabłka i gruszki, z których kapie sok po brodzie. I wreszcie granatowe jeżyny, którymi można się cieszyć pod koniec lata. Piękne i szlachetne - udomowione owoce lasu. U mnie pojawiły się za sprawą Dobrej Duszy, która odkryła Jeżynowe Królestwo w zapomnianym zakamarku miasta i obiecała udostępnić mi je w przyszłym roku. Dziękuję:). 
 
Dzięki temu tarta z jeżynami. Przepis w zasadzie jest TUTAJ. W zeszłym roku też piekłam ją we wrześniu. Przepis jak na przepyszną tartę malinową, ale troszkę pozmieniałam składniki, więc zapisuję od nowa. Użyłam mąki orkiszowej, którą ostatnio namiętnie używam do każdego ciasta, zwiększyłam ilość jajek i cytryny, a cukier był trzcinowy.
Zamiast malin użyłam jeżyn. A, że jeżyny na zdjęciach są płynne to…, to już zasługa mojego braku cierpliwości. Ale tak też jest pysznie.
 
Nowy folder2Nowy folder3

Tarta jezynowo-cytrynowa z biała czekoladą
foremka 22-23 cm
Ciasto:
1 1/4 szklanki mąki orkiszowej
1/3 szklanki trzcinowego cukru pudru
szczypta soli
115 g miękkiego masła (trochę ponad pół kostki)
2 żółtka
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego (albo cukru z prawdziwa wanilią) 
 
Krem (śmietanka) cytrynowy:
 4 jajka
3/4 szklanki cukru podru
1/3 (75-80 ml) szklanki soku z cytryny
1 szklanki śmietany 30-30% 
 
Polewa malinowa:
600-700 g jeżyn
3 płaskie łyżki żelfixu “3 w 1” 
 
Ciasto:
1. Żółtka połącz z ekstraktem (albo cukrem) w małej miseczce. Mąkę, cukier i sól wymieszaj. Dodaj masło i miksuj na wolnych obrotach aż mieszanina będzie przypominać kruszonkę. Dodać wcześniej połączone żółtka z ekstraktem waniliowym. Wszystko połącz dokładnie.
2. Ciasto wyłóż do foremki, nakłuj spód widelcem i wstaw do lodówki na godzinę.
3. Piekarnik ustaw na 190°C. Cisto przykryj papierem i wysyp “dyżurną” fasolę (bądź kulki ceramiczne). Piecz 20 min, lub do zezłocenia brzegów (które wcześniej zostały przykryte papierem). Po tym czasie zdejmij fasolę i papier, podpiecz ciasto jeszcze przez 5 min. Odstaw do ostygnięcia. 
 
Krem cytrynowy: 
1. Lekko ubij jajka – tylko tak aby je połączyć. Dodaj cukier i sok z cytryny, wymieszaj. Dodaj śmietanę i wymieszaj ponownie.
2. Napełnij tartę kremem i wstaw do piekarnika (190°C). Piecz 17-20 min. do momentu kiedy środek (centrum) będzie lekko drżący – ma się tylko “ściąć”. Ciasto ostudź
 
Polewa jeżynowa i polewa z białej czekolady:
1.Do garnczka wlej tyle wody, aby jedynie przykryła dno. Włóż maliny, zagotuj i dodaj żelfix. Delikatnie wymieszaj, tak aby kilka malin zostało w całości. Odstaw aby dżemik lekko przestygł. Następnie delikatnie wyłóż na ostudzony krem cytrynowy. Ponownie ostudź.
2. Białą czekoladę rozpuść w garnczku w mikrofali, albo w kąpieli wodnej (metalowa miska na garnku z gotująca się wodą), przełóż do foliowego sztywniejszego woreczka, odetnij róg i maluj:) co tam Ci do głowy przyjdzie.

tarta cytrynowo-jezynowa (2)

Zapomniałabym... Bolesławiecki kubeczek z motylem jest prezentem od Jo, która Bolesławiec przedstawia tak, że chciałabym tam zamieszkać, a w  ostatnim poście pokazuje jak tworzy się takie dzieła. Dziękuję!

czwartek, 8 sierpnia 2013

Bronowanie z Basią i spacer po letnim ogrodzie


IMG_0416

Jeśli chcesz posłuchać i popatrzeć co teraz słychać na wsi, na naszej wsi, zrób sobie swoją ulubioną kawę, albo herbatę i usiądź ze mną, aby obejrzeć tych kilkanaście zdjęć.

Ogród na wsi, u dziadka, jest całym światem mojej mamy. Codziennie jeździ tam 10 km na rowerze. Plewi, kopie, przekopuje, sadzi, przesadza, zbiera plony, pije kawę, patrzy na dzieło rąk swoich i pod wieczór wraca tą samą drogą wioząc ogórki, maliny i pietruszkę. Później przerabia na pyszności, rozdaje, a czasem sprzedaje znajomym, którzy łakną dóbr wiejskich, jak ma za dużo. Kiedy byliśmy wszyscy w domu, potrzeby były większe, teraz porozjeżdżaliśmy się po świecie i już tyle nie trzeba ziemniaków, konfitur, sałatek buraczkowych i ogórków kiszonych. Zatem kawałek dużego ogrodu zostaje pusty i szkoda byłoby, aby się marnował, leżał odłogiem jak to się mówi. Czasem jest to kawałek bliższy, czasem dalszy. Zatem mama, chcąc utrzymać ziemię w dobrym stanie, sieje tam zazwyczaj różne zboża – łubin, grykę, facelię czy żyto, na poplon, aby ziemię użyźnić. Nie są to roślinki, z których zrobimy sałatkę, ale dzięki nim w przyszłym roku zbiory naszych warzyw mogą być bogatsze. Wysiewane rośliny nie dopuszczą do powstania chwastów, a w  odpowiednim momencie, przekopane z glebą zadziałają jak naturalny nawóz, poprawiając jej jakość i wzbogacając ją o cenne składniki.
Na tym kawałku później, wiosną, sieje warzywa, sadzi truskawki, czy nowe krzaki malin.

IMG_8288facelia (1)

W tym roku, wiosną, gdy pola jeszcze były zielone, zaraz obok ziemniaków, niedaleko agrestu, posiana została facelia błękitna. Trochę przerosła, bo pan Z. nie miał czasu w odpowiednim momencie jej przeorać. Zatem pachniało miodem  i fioletowiło nam się niezmiernie (więcej mamie, wiadomo….). A nad całym tym pachnącym pięknem uwijały się roje pszczół, bo oprócz tego, że obecność takiej facelii zapewni udany poplon (czyli zastąpi kilka ton obornika), jest ona rośliną miododajną, a pszczoły zbierają z niej nektar do późnych godzin wieczornych.

facelia (2)Znów Baśka i płodozmian1Znów Baśka i płodozmian2facelia (3)

W pewnym momencie musiała zostać zaorana. Nie było mnie przy tym, ale wszystko działo się przy pomocy jedynego konika w wiosce – Baśki - Kaski (przy żonie pana Z. zwaną Kaśką, bez żony Baśką:)) która już znacie z sadzenia ziemniaków, czy wykopków. Tym razem przyjechałam kiedy Basi zadaniem, pod kierunkiem (i opierniczaniem…) pana Z. było bronowanie. Ważna sprawa to bronowanie, bo spulchnia ziemię, natlenia ja i kruszy większe bryły ziemi. Brony wyciągają chwasty, wyrównują powierzchnię ziemi i przygotowują ja na następne (ewentualne) sianie poplonu, tym razem jesiennego, czy ozimego. Najprościej mówiąc, brony to takie większe grabki, które zagrabią wszytko szybciej i sprawniej.

Zatem poniżej przyjazd i praca Basi w fotograficznym “skrócie”:

IMG_0328Znów Baśka i płodozmian4
IMG_0342
brona (2)IMG_0366bronaIMG_0364
IMG_0374
IMG_0371
IMG_0376

Po bronowaniu, Basia mogła odpocząć i poskubać trawę, a pan Z. zasiał żyto, czyli zielony nawóz. Jak urośnie, jak będzie miało 20-25 cm, to przed zimą zostanie znów zaorane. Będzie ulegało rozkładowi i doskonale wzbogaci ziemię w składniki pokarmowe. Na wiosnę jak znalazł.

Znów Baśka i płodozmian8

Pan Z. bronował, odpoczywał, wychylił jedno piwko…, a my z kawą w dłoniach przyglądałyśmy się wszystkiemu debatując nad ogrodem.
Okoliczne pola zżółkły nabierając ciepłych barw. Krowy dalekich sąsiadów- nie sąsiadów pasły się jak zwykle w cieniu drzew, zboża pochylały kłosy do ziemi, czasem przeleciał żuraw, albo bocian. Pełne malwy kwitły niewzruszenie a ciężkie, ciepłe powietrze dawało się małym kotkom we znaki. Nawet kocia mama nie zrywała się na każde przejście w ich pobliżu.

IMG_0321żytomalwy pełneIMG_0455IMG_0458IMG_0460

W szklarni dojrzewały pomidory dziwnych kształtów, które wyglądają tak jakby cztery duże pomidory połączyć w jedno. Nie łatwo było je pokazać je na zdjęciu (najmniejszy pomidor, ten, który widzicie na dole po prawej str., jest pomidorem o normalnej, klasycznej, sklepowej wielkości, ten na górze to jak cztery takie; po lewej stronie ten sam pomidor przed dwoma tygodniami)
Z kubkami w dłoniach chodziłyśmy po ogrodzie, a tuż za szklarnią dojrzewały oliwkowe jabłka, truskawki, nadal kwitły i dojrzewały cukinie, dynie i patisony. Nad pierwszymi malinami bzyczały osy. Było nadzwyczaj dobrze, pięknie i sielsko…

Znów Baśka i płodozmian3IMG_0357IMG_0446Znów Baśka i płodozmian7Znów Baśka i płodozmian6

Mam nadzieję, że widok Basi i spacer po ogrodzie dobrze podziałał na Was w czasie tego upalnego lata. Gdybym mogła, każdego, kto wytrwał do końca, poczęstowałabym garścią poziomek… Dziękuję! Tymczasem wirtualna garstka….:). Do następnego, moi Drodzy!

IMG_0466

środa, 31 lipca 2013

Cukiniowe cudeńka i miłe rodzinne spotkania


cukinia (2)
 Sam ich aromat wystarczy, by każdy, komu doskwiera głód, natychmiast poczuł, że przenika go przyjemny dreszcz. Cudeńka smażone w gorącym oleju, piętrzące się na białym lnianym ręczniku. Żółta barwa kwiatów przebija przez złotawą i chrupiącą warstwę ciasta, cienką jak weneckie szkło. Jestem teraz daleko od Wenecji.
   - Począwszy od dzisiejszego ranka, mieszkamy w Toskanii – powtarzam rozpromieniona, zupełnie jakby mówienie tego rodzaju rzeczy było na porządku dziennym.
  Wczoraj Wenecja, a dziś – San Casciano dei Bagni. Minęło zaledwie sześć godzin od mojego przyjazdu, a ja już przesiaduję w kuchni – małym, zaparowanym pomieszczeniu w miejscowym barze. Przyglądam się, jak dwie kucharki w białych czepakach i niebieskich fartuchach przygotowują antipasti na coś w rodzaju lokalnego festynu. Pyszności, które szykują - a robią to tak szybko i sprawnie, jakby wirowały w tańcu - to smażone kwiaty cukinii, delikatne jak aksamit, okazałe niczym lilie. Najpierw należy na sekundę zanurzyć kwiat cukinii w leciutkim cieście, następnie poczekać, aż jego nadmiar spłynie z powrotem do miski, a potem delikatnie ułożyć na wrzącej oliwie; po chwili kolejny i następny. Dwanaście kwiatów smaży się na czterech dużych, głębokich patelniach. Kwiaty cukinii są tak lekkie, że gdy tylko po zetknięciu z oliwą powstanie chrupiąca skórka, zaczynają podskakiwać i obracać się, dopóki łyżka cedzakowa nie przybędzie im na ratunek. Usmażone lądują na grubym szarym papierze, który chwilę później posłuży również do przeniesienia ich na wyścieloną lnianym ręcznikiem tacę. Jedna z kucharek napełnia butelkę z czerwonego szkła ciepłą wodą z dodatkiem soli morskiej. Następnie przykręca metalowy spryskiwacz i skrapia złociste kwiaty osoloną wodą. Gorąca skórka zaczyna skwierczeć, roztaczając wokół aromatyczną woń, która szybko rozchodzi się w świeżym i wilgotnym czerwcowym powietrzu.
 
cukinia smażona w cieście naleśnikowym6

Te drobne przekąski spożywane bez użycia sztućców pozwalają przetrwać pierwsze dwanaście minut, jakie dzielą nas od kolacji. Tak więc, gdy pierwsze sto kwiatów cukinii jest już gotowe, kucharka o imieniu Bice wręcza mi tacę mówiąc: Vai – idź, i nawet nie podnosi przy tym wzroku. Traktuje mnie całkiem zwyczajnie, jakby wydawała polecenia koleżance, którą zna od lat. Tylko, ze dzisiejszego wieczoru ja nie gotuję. Czuję się raczej gościem – a może przypadła mi w udziale rola gospodyni? Nawet nie zauważyłam, w którym momencie festyn się rozpoczął, ale cieszę się nim.
Jestem szczęśliwa, mimo że z powodu nawału spraw, które spadły na mnie zaraz po przyjeździe, nie zdążyłam się nawet wykąpać. Moja spocona skóra jest słona zupełnie jak przekąski, które serwuję przybyłym. Częstują się nimi chętnie i bez zbędnych ceregieli. Wszyscy uśmiechają się do mnie albo poufale klepią po ramieniu, mówiąc: Grazie, bella – dziękuję moja piękna, jakbym przez całe życie nie zajmowała się niczym innym, tylko podawała im cieplutkie i chrupiące kwiaty cukinii. Podoba mi się to. Przez moment myślę, ze mogłabym skryć się w jakimś zacienionym zakątku piazza, przymknąć oczy i popaść w ekstazę, pałaszujące te pyszności, które jeszcze zostały. jakoś się jednak powstrzymuję. Niektórzy są zniecierpliwieni czekaniem i sami podchodzą. Biorą z tacy kwiaty sącząc jednocześnie wino i prowadząc rozmowy ze współbiesiadnikami. Wokół robi się coraz ciaśniej – otaczający mnie goście rzucają się na cukiniowe cudeńka i pożerają je w mgnieniu oka, tak, ze po chwili na lnianym ręczniku pozostają same okruszki, wciąż jeszcze chrupiące i ciepłe. Podnoszę je i wkładam do ust.

cukinia smażona w cieście naleśnikowym (po lewej, na zdjęciu pierwszym, kwiat żeński z zawiązkiem cukinii, po prawej męski)
cukinia smażona w cieście naleśnikowym2cukinia smażona w cieście naleśnikowym3

Przesuwam się w kierunku grupki gości prawiących komplementy rolnikowi, który rankiem zebrał te wszystkie dary przyrody ze swojego poletka i dostarczył do baru. Mężczyzna obiecał, że nazajutrz przywiezie ich znacznie więcej i jeśli ktoś chciałby wziąć trochę dla siebie, powinien stawić się w sklepie przed siódmą u Sergia, gdzie będzie czekała dostawa. Natychmiast wywiązuje się, przebiegająca jednocześnie na trzech niezależnych frontach, dyskusja, jak najlepiej przyrządzać kwiaty cukinii. Faszerować je czy nie? A jeśli tak, to mozarellą i solonymi sardelami, czy może niewielką ilością ricota salata, albo świeżą ricottą z kilkoma listkami bazylii? Do ciasta dodać piwo i białe wino, a może oliwę, czy lepiej bez oliwy?I najważniejsze pytanie – smażyć kwiaty w oleju arachidowym czy olivie extra vergin? Jestem tak pochłonięta tymi dywagacjami, ze nie słyszę jak ktoś woła mnie po imieniu z przeciwległego końca niewielkiego piazza.
- Chou-Chou – mówi do mnie Bice, stojąc w drzwiach i przytupując niecierpliwie. W wyciągniętych rękach trzyma kolejna tacę.(…)
Marlena de Blasi “Tysiąc dni w Toskanii”

cukinia smażona w cieście naleśnikowym (2)

Właściwie nic dodać, nic ująć. Pozwoliłam sobie na cały opis rozdziału zatytułowanego “Lato” , bo może jeśli ktoś nie czytał, dzięki temu opisowi sięgnie po toskańskie smakołyki tak obrazowo opisane przez Marlene de Blasi. Zachwyci się jak ja pięknem codzienności i światłem, które cudownie przenika przez wszystkie strony jej opowieści.

IMG_9050
 Nasze rodzinne spotkania ze zdjęć brzmiały podobnie. Olej skwierczał jak w opisie Magdaleny, a kwiaty cukinii mogłyby się nie kończyć. Dorabiałam dość rzadkie ciasto naleśnikowe, dolewałam białe wino zamiast wody i szybciutko smażyłam. Ot cały przepis... Chwytaliśmy małe porcje za ogonki i już patrzyliśmy za następnymi… W większości smażyłam męskie kwiaty (osadzone na pręciku), ale zerwałam też kilka żeńskich razem z zawiązkami owoców cukinii, które usmażyłam na chrupko i posypałam solą. Do tego lało się wino i pyszny podpiwek dla kierowców (patrz ja:)),  jadło się ciasto drożdżowe, wciągało lody bakaliowe i resztki czereśni. Kogut z kurami już spał (a swoją drogą przez kilka dni była sam i wpadał w depresję, ale obecność płci przeciwnej postawiła go na nogi...). Trzy wielkie psy łasiły się nóg, koty buszowały pod stołem, a nad nami latało STADO bocianów. Czepiały się najwyższych konarów świerków i nie do końca wiedzieliśmy o co im chodzi. Zjawiskowość tego zdarzenia zostanie z nami na długo. Do tego nasz śmiech, radość i miłe toasty.

cukinia smażona w cieście naleśnikowym1
cukinia smażona w cieście naleśnikowym4
cukinia smażona w cieście naleśnikowym7
bocian(Ciconia) (2)
IMG_9277
IMG_9482

Daniem głównym były odsmażane ruskie pierogi.

ruskie pierogi odsmażaneruskie perogi odsmażane

A później zaszło, słońce, księżyc pokazał nam swoją glacę, a ja porozwoziłam Miłe Towarzystwo do domów:)

IMG_9380