Kolejny poniedziałek kapryśnego czerwca, który z dnia na dzień karmił nas deszczem i gradem, mógł być taki, jak dotychczas - chłodny i mało obiecujący, ale tym razem słońce pojawiło się na niebie z tak zadziwiającą punktualnością, że zaglądając do okien sąsiadów, przed godziną piątą, złożyło swój jasny pocałunek na moich włosach. Z reguły nie zasłaniam rolet, więc przyjęłam tę pieszczotę z wielkim zdziwieniem: to już? Budzik…? Przecież nastawiłam na 8…
Odwróciłam się na drugi bok lekceważąc zaproszenie: kto to widział wstawać o tej porze…?
Po jakiejś godzinie, budzenie było intensywniejsze…, bo słońce zasiadając w fotelach sąsiadów, jednocześnie głaskało grzbiety książek na moich półkach. Jeden z jego palców ześliznął się i… otworzyłam oczy. Oglądałam tę jego ciekawość, nie chcąc stracić nawet najmniejszego promyka. Taki mały spektakl tylko dla mnie… Możliwy w mieszkaniach, których okna wychodzą na południowy zachód. Patrzyłam jak ślizga się odczytując tytuły i powoli znika...
Przeciągnęłam się miękko jak kot i wstałam. Cydr vel sok bzowy rozcieńczyłam z wodą oraz sokiem z cytryny i ze szklaneczką w garści, w piżamie, usiadłam na tarasowym fotelu. Podciągnęłam nogi pod brodę. Było ciut przed 6. Powietrze pachniało latem, początkiem pięknego dnia i zielenią rozbujaną ostatnimi opadami. Niezwykle obiecująco... Ostatnie majowe i czerwcowe prognozy JEDYNIE pas nadmorski wykluczały z przepysznej pogody i tak kulaliśmy się z parasolami, kurtkami przeciwdeszczowymi i pytaniami jakie będzie TO lato… Taki piękny poranek przynosił nieodparte wrażenie, że oto właśnie dziś się zaczęło…:)
Duże, wąskie liście młodej jarzębiny zasadzonej na najbliższym trawniku, poddawały się porannemu kołysaniu wiatru. Ktoś z naprzeciwka otworzył okno, gdzieś w dali zaszczekał pies, młody mężczyzna z jasną torbą przewieszoną przez ramie minął plac zabaw i zniknął w zielonej dali. Na zmianę przymykałam i otwierałam oczy do końca nie wierząc tej pięknej pogodzie. Mała myśl zaczęła podskakiwać mi w głowie jak piłeczka pomysłowego Dobromira… Właściwie czułam się wyspana. Szybko rozprostowałam nogi, odniosłam szklankę, włączyłam ekspres i poszłam się ubrać.
Konfitura czereśniowa tylko na to czekała…
Od kilku dni powinna być piwnicy. Teraz wreszcie jeden z trzech słoiczków wylądował w moim plecaku w towarzystwie bułeczek (z dnia poprzedniego), masła i świeżo zaparzonej kawy. Dorzuciłam jeszcze dwie garści czereśni. Zatem śniadanie nad morzem…! Wsiadłam na rower i pojechałam…
Wystarczyło mi 10 minut. Nie mogłam wpaść na lepszy pomysł, bo moje zapotrzebowanie na ciepło i morze wzrastało z dnia na dzień i wciąż nie mogło być zrealizowane…! Na ulicach cicho-sza…, ktoś czekał na przystanku, ktoś inny na rogu ulicy na transport, minął mnie samochód firmy ochroniarskiej i trzy albo cztery samochody…Poranną radość było widać i słychać. W parku nadmorskim dawno rozbudzone kosy uskuteczniały poranną gimnastykę przelatując z drzewa na drzewo, a właściciele wyhasanych psów wracali z porannego spaceru.
A na plaży bezkres błękitnego nieba i więcej ludzi niż mogłam sobie wyobrazić. Właściwie więcej niż na budzących się do życia ulicach. Tutaj wszyscy, już dawno, celebrowali poranek. Każdy na swój sposób.
Nordic Walking na całego…, kije właściwe i te oszukane, bo do trekkingu, technika właściwa i ta co to z kijami chodzić każdy może, więc gumki na końcach… Stopy bose, stopy obute, klapki w ręku, buty związane sznurówkami i zawieszone jak naszyjnik. Czapeczka z daszkiem, kapelusik,włosy koloru “płonący wieżowiec”… Spodnie długie, za krótkie spodenki, ramiona odkryte, ramiona zakryte, T-shirt i urocza biała sukienka z falbanami… Tutaj mężczyzna z piersiami miękko układającymi się na wydatnym brzuchu, tam filigranowa elegantka w spodniach 3/4 i koronkowej bluzce w uroczym kapelusiku. Całkiem nieopodal spotkanie biuściastej opalonej pani i jej bladej wiórkowej koleżanki z ogorzałym, łysiejącym kolegą… Spotkanie nad morzem… Być może później i spotkanie na “fajfie”… Kto wie… Docierająca do mnie radość i uśmiechy pań bezcenne… A później może “małżeństwo z poznania”… W końcu to też część leczenia uzdrowiskowego…;)
Było mi błogo i bardzo dobrze. Konfitura czereśniowa była najlepszą z możliwych, bo nutka truskawek i wanilii maczała w jej smaku swe wonie i a bułeczki (o których w następnym wpisie), no…, dawno takich dobrych bułeczek nie jadłam. Właściwie to pomijając sobotę (bo te bułeczki piekłam dzień po dniu), to ostatnim pieczywem wyciągniętym z piekarnika, miesiąc i trzy tygodnie temu, była chałka.
Konfitura czereśniowa z sokiem truskawkowym i wanilią
700 g czereśni
1/2 szkl. soku z truskawek( odlanego z truskawek podczas gotowania konfitury truskawkowej w jej początkowej fazie)
2oo-300 g cukru
2-3 łyżki ekstraktu waniliowego
1. Czereśnie pestkuję. Jeśli nie masz pestkownicy, możesz użyć wsuwki do włosów. Chwytasz ją w prawą dłoń, w lewą czereśnię i wbijając okolicę po ogonku, wykonując ruch od siebie, miękko wyłuskujesz pestkę.
2. Czereśnie wkładam od razu do garnka , w którym będę gotować konfiturę. Dolewam sok truskawkowy i zagotowuję, zostawiam na płycie do ostygnięcia. Jeszcze ze trzy razy tego samego dnia tak samo zagotowuję. Następnego podobnie, aż ilość soku zredukuje się do 1/3. Wtedy zagotowuję jeszcze raz, dodaję ekstrakt waniliowy i wkładam do wyparzonych słoiczków. Pasteryzuję w piekarniku nagrzanym do 100°C przez 20 min.
Po tak cudnie rozpoczętym dniu wróciłam do domu i miałam jeszcze całe , długie przedpołudnie dla siebie. Wszak w poniedziałki zaczynam o 13.
Ten dzień wyglądał jak pierwszy dzień lata. Okna pootwierane były wszędzie i każdy marzył o urlopie. Pod wieczór jednak front zmienił się całkowicie. Nad miastem powiało grozą… Spotkały się dwie burze… Co to była za bitwa…! Chwilowy brak światła w mieście, ulewa, pioruny i błyskawice..! A wszystko to w podwójnym wydaniu. Rower musiałam zostawić w pracy. Do domu wróciłam taxówką. W drodze powrotnej zaczęło się jednak przejaśniać i słońce, które tak pięknie mnie obudziło,pomachało mi mocno pomarańczowym uśmiechem na dobranoc. Odwzajemniłam ten uśmiech. Wtedy niebo zaczęło się rozjaśniać tak mocno o tej porze jak nigdy dotąd - zrobiło się wyjątkowo jasno, przejrzyście i tak niewyobrażalnie widno, że aż… słów było brak aby to opisać, a pan taxówkarz o 21.15 życzył mi miłego dnia.
A tak naprawdę lato przyszło dzisiaj z zimnym wiatrem, kurtką przeciwdeszczową i 17 stopniami. Udanego lata I Wam , Moi Drodzy, i mi! Mimo wszystko.