Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 maja 2021

Kruche maślane kwadraty z rabarbarem i budyniem waniliowym

Jeszcze przedwczoraj mieliśmy tu, nad morzem, lato. Dosłownie z kurtki puchowej wskoczyliśmy w bikini. Taaak, dobrze się domyślasz, jak na taką zaskakująca pogodę przystało, plaża była pełna ludzi korzystających ze słońca i absorbujących witaminę D. Wyobraź sobie, że nawet nie było parawanów, gdyż zwyczajowy nadmorski wiatr był jedynie miłym przepływem ciepłego powietrza. Tak było przez trzy piękne dni, dziś znów normalne, majowe, nadmorskie 14 stopni w porywach do 16... (śmiech), choć ja nie porzuciłam sandałów. Zatem  wiosna...! A jak wiosna, to majówki, i pikniki. Nawet na własnym tarasie, czy balkonie. A jak wiosna i piknik, to rabarbar...! Moja pierwsza tegoroczna propozycja to kruche kwadraty z budyniem i dżemem rabarbarowym. Przepyszne...! Pod warunkiem, że lubisz budyń i rabarbar...

Kruche maślane kwadraty z rabarbarem i budyniem waniliowym 
CIASTO: 
200 g masła
240 g mąki pszennej 
90 g cukru pudru 
1 łyżeczka cukru waniliowego
35 g płatków kokosowych, albo wiórek 
Nadzienie:
Dżem rabarbarowy (patrz przepis niżej)
Budyń waniliowy (patrz przepis niżej)

Dżem rabarbarowy
300 g rabarbaru
150 g cukru do dżemu; możesz też dodać 150g cukru żelującego do owoców, wtedy nie musisz przecedzać rabarbaru w końcowej fazie;
1 łyżka soku z limonki
1 łyżeczka pasty waniliowej lub proszku waniliowego
Trochę malin, jeśli chcesz dla koloru.
2. Włóż do rondla z cukrem, sokiem z limonki i wanilią. Doprowadzić do wrzenia, a gdy się zagotuje, gotuj jeszcze  na wolnym ogniu przez 5-7 minut.
3. Po tym czasie krótko odsącz rabarbar na sicie. Jeżeli dodasz cukru żelującego, NIE ODSĄCZAJ OWOCÓW, DODAJ JE W TAKIEJ FORMIE DO CIASTA.
 
Budyń ​​waniliowy
2 żółtka
65 g cukru pudru
15 g mąki kukurydzianej (2 łyżki)
200 g  mleka
15 g masła
1 łyżeczka pasty waniliowej lub 2 łyżeczki cukru waniliowego
1.W misce wymieszaj żółtka, cukier i skrobię kukurydzianą.
2. W rondelku zagotuj mleko. Wlej do mieszanki jajecznej podczas ubijania, a następnie wlać z powrotem do rondelka.
3.Podgrzewaj na średnim ogniu, ciągle mieszając, aż krem ​​zgęstnieje.
4. Zdejmij z ognia i dodaj  masło i wanilię.
5. Wlej do miski, przykryj folią i wstaw do lodówki, aż ostygnie.
 1.Rabarbar opłucz i pokrój na mniejsze kawałki.

PIECZENIE:
1. Ustaw piekarnik na 180°C ( termoobieg 160 °C).
2. Wszystkie składniki  na ciasto  (oprócz wiórek kokosowych)  wymieszaj w robocie, albo zagnieć ręką.
3. 2/3 ciasta wylep formę o wymiarach ok. 20 × 20 cm (30x15cm albo tortownicę, lub formę do tarty 20-23cm).  Do pozostałej 1/3 ciasta dodaj zmielone wiórki kokosowe. Ciasto z wiórkami włóż do lodówki
4. Formę z ciastem wstaw do piekarnika i piecz przez 15 minut. Następnie wyjmij i rozprowadź na nim cały krem waniliowy. Na krem wyłóż cały dżem.
5. Wyjmij z lodówki pozostałą 1/3 ciasta i pokrusz na dżem.
6. Wstaw do piekarnika i piecz  przez około 30 minut, aż ciasto nabierze ładnego koloru. Pozwól mu całkowicie ostygnąć przed wyjęciem go z blachy i pocięciem na kwadraty.
 

 Inspiracja: https://brinkenbakar.se/


niedziela, 11 lutego 2018

Podroże i banofil






     Od dwóch lat sama sobie jestem szefem. Od dwóch lat w pełnym tego słowa znaczeniu, gdyż wcześniej (całe życie w zasadzie), choć fakty były takie same, zawsze byłam podwykonawcą. Taki kontrakt (a czasem nawet nie...) i w praktyce bycie pracownikiem jakby... na etat, ale w większym wymiarze godzin. Czasem nawet niewyobrażalnym... Bo czy można masować od godziny 7 do 21...? Albo od 7 do 21 i w trakcie przeprowadzić trzy godziny zajęć fitness...? Nawet jeśli odpowiesz, że to niemożliwe, moja odpowiedź będzie brzmiała MOŻNA. Bo ja tak miałam. Bo jak tak pracowałam. I miałam siłę. Jak trzeba, to można.
W związku z tym, że teraz o wielu sprawach decyduję zupełnie sama, pracy nie zaczynam o 7, chyba, że przyjdzie niebieskie lato i ktoś mnie poprosi o wcześniejsze spotkanie. W konsekwencji zaczynam pracę o 9 albo o 8 i dzięki temu śpię spokojniej i dłużej. Staram się położyć spać tak, aby sen trwał przynajmniej 8 godzin. Przez te osiem godzin organizm metabolizuje informacje, emocje i wydarzenia skonsumowane przez cały dzień. Przez te osiem godzin pobieram energię potrzebną na dobre funkcjonowanie w ciągu dnia.


      Dzięki tym zmianom sporo podróżuję. Więcej niż zwykle. Dużo więcej. Spełniam marzenia i wyjeżdżam w miejsca, o których nawet nie miałam pojęcia... Uwielbiam podróże. Na wszystkie możliwe sposoby. Lubię stan bycia "w drodze". Lubie podróżowanie pociągiem i puste perony o świcie, lubię przestrzeń lotniska i podekscytowanie przed podróżą i lubię podróżować autem kiedy to samochód staje się takim trochę domem na ten czas. Czasem podróżuje sama, czasem z przyjaciółmi, a niekiedy z rodziną,  Bywa, że wyjeżdżam nawet z osobami, których nie podejrzewałabym o posiadanie prawa jazdy, a nawet z takimi, o których wiem, że ważny dokument posiadają, ale nigdy za kierownicę nie wsiadły...



     W grudniu odwiedziłam Afrykę z grupą kilku dobrych znajomych. Długo decydowaliśmy jaki środek transportu wybierzemy i zdecydowaliśmy się na rowery. Każdy z nas żyje aktywnie, więc rower był bardzo dobrym pomysłem. Podróż była długa i trudna, ale ekscytująca. Miejscami uciążliwa, bo  wąskie przesmyki nie pozwalały jechać ciągiem i nasze rowery, wraz z bagażami musieliśmy przenosić. Chłopaki jak chłopaki, ale babki... No..., powiem Wam, że wartość nasza, z każdym uniesionym rowerem, w oczach kolegów wzrastała z dnia na dzień. Spojrzenia z podziwem, a często zwyczajna braterska pomoc i widoki wynagradzały wszystko. Teraz już nie trudy wspominam, ale wyjątkową przyrodę z jej zwierzętami, zapachy wiatru, nocy i cudne zachody słońca, kiedy po meczących dniach siedzieliśmy przy ognisku. W sercu zostały obrazy i poczucie naszych szczęśliwych wieczornych oczu, w których odbijały się ogniki radości pomieszane ze zmęczeniem. Do tego moje opalone nogi, spaloną buzię, wiatr we włosach i poczucie wolności, które nas wypełniało w tej nieogarnionej przestrzeni.
Cudny czas, doborowe towarzystwo i wspomnienia na zawsze.


     Po powrocie z Afryki, jeszcze przed Bożym Narodzeniem, żeby troszkę ochłonąć, jako ochotnik, pojechałam do Chorwacji sadzić drzewa na terenach zniszczonych przez pożary w okolice Splitu. Kilka dni w innym klimacie, z nowo poznanymi ludźmi poszerzyło wiedzę o przyrodzie, jej pięknie i zagrożeniach. Pracowałam dla dobrej sprawy czując, że naprawdę robię wielkie rzeczy. Popołudniami piłam kawę na nabrzeżu, jadłam arbuzy i świeże figi, wystawiałam twarz do słońca, zwiedzałam i zachwycałam się kamienicami starego, jakże wciąż pięknego "wiecznie młodego" miasta. Popołudniowe zwiedzanie ustawiałam tak, aby za Złotą Bramą, prawie każdego dnia, pamiętając o legendzie, pogłaskać błyszczący paluch biskupa Grgura Ninskiego (po naszemu Grzegorza z Ninu) prosząc o spełnienie marzeń... Sobotnie wieczory wraz z "braćmi z lasu", jak się nazywaliśmy, przeznaczaliśmy na  koncerty w pałacu Dioklecjana. Muzyka i gra świateł była wspaniałą nagrodą za dłuższą sobotnią pracę i obietnicą wolnej niedzieli.  Wróciłam niesamowitymi wspomnieniami, z pięknymi zdjęciami i jeszcze większą miłością do Chorwacji.


     W moją ostatnią podróż wzięła mnie moja mama. To był zupełnie nieoczekiwany wyjazd, gdyż w ostatnim czasie mama nie chciała się nigdzie ruszać. Każda propozycja budziła w niej niechęć i jeszcze większe przywiązanie do domowych pieleszy. Już nawet dziwiliśmy się z moim rodzeństwem, że po przeprowadzce na wieś jakby zdziczała... Nie chciała nic nigdzie, bo pogoda coś nie taka..., bo śnieg..., bo mróz..., bo pada... Ech... Odpuściliśmy sobie. Niemniej wymyśliła urlop... Nagle zaczęła mówić, że potrzebuje przestrzeni, nowych widoków i... wyzwań. Moja mama...? Wyzwań...? Przejażdżki wokół jeziora rowerem, nowych kwiatów w ogrodzie, czy innej odmiany jarmużu lub pomidorów to rozumiem, ale wyzwań...? To było trochę dziwne, jak na nią, ale... zawsze to ja ją gdzieś zabierałam, zawsze ja proponowałam i zawsze to ja byłam "kierownikiem" i kierowcą takiego wyjazdu. Tym razem, myślałam, może to ona chce się jakoś, odwdzięczyć powiedzmy..., choć przecież ja żadnej wdzięczności w tym "układzie" nie potrzebuję, może to ona chce zrobić niespodziankę... Mama poprosiła mnie tylko o urlop, spakowanie się na ciepło i zimno (spakowałam jeszcze ciuchy i buty do biegania) i towarzystwo ma się rozumieć. Łatwe do zrealizowania, prawda...? Tym bardziej kiedy samemu sobie jest się szefem.
Walizkę miałam już spakowaną, ubrałam ciemno niebieskie jeansy, szare wiązane buty, wełniany siwy sweter i ciepłą granatową kurtkę. Moje czarne, długie, nigdy nie farbowane włosy, pokręciłam jak nigdy i czekałam tylko na przyjazd mamy. Uśmiechałam się myśląc o tym jakie niespodzianki mnie czekają... Sądziłam, że skoro powiedziała, iż przyjedzie po mnie samochodem, to będzie to samochód z kierowcą... To była sprawa oczywista... Tymczasem za kierownicą wolkswagena classik - vana (w modelu z lat siedemdziesiątych...!) w kolorze biało-cytrynowym ujrzałam moją  mamę...!



Mamę za kierownicą...! To było nie do uwierzenia... Przecież ostatnio widziałam ją 32 lata temu w pomarańczowym"maluchu", kiedy to razem jechałyśmy na Dzień Matki w szkole podstawowej... Rany...! Odważyła się, wreszcie...? Jak ona to zrobiła...? Lekcje...? I udawało jej się to ukryć...? Przecież teraz, jeszcze przez chwilę, po dziesięcioletnim życiu w Egipcie, mieszka z nią moja siostra, więc jak...? B. mówiła, że mama częściej wyjeżdża rowerkiem "się przejechać", bo do miasta jest dobre 10 kilometrów, ale... no... nie dowierzałam... Jednak postać mamy kierującej starym autem w, na oko..., dobrym stanie była oczywista, realna i uśmiechnięta, a samochód był na niemieckich numerach... Wsiadłam jako pasażer, mimo wszystko, pełen ufności, że "wszystko się uda, o to nie ma żadnej obawy...", a nas czeka na pewno przygoda życia... Najpierw sto pytań do... Trochę odpowiedzi wymijających, trochę pewnych... Samochód należał do  dawnego znajomego, który chce się przeprowadzić w nasze okolice. To on namówił mamę na odnowienie umiejętności. Wiadomość przyjęłam z radością, bo ileż to razy proponowałam mamie, że może wsiądzie do mojego samochodu, może spróbuje... Wszystko spełzało na tłumaczeniach, że za dużo czasu upłynęło od ostatniego razu i... ona się boi i po co jej to, przecież ma... rower, to ze wszystkim sobie radzi. Tym razem dała się przekonać komuś innemu, ale nie miałam o to nawet odrobiny żalu.
Podróżowałyśmy po Polsce odwiedzając wszystkich krewnych i znajomych. Taka, początkowo, podróż sentymentalna. Miasteczko Krajeńskie, Poznań, Ruda Śląska, Kazimierz, Zamość... Podróż z mamą była szalona i ekscytująca, jakby w jej ciele zamieszkała dużo energetyczniejsza osoba niż ona sama. I wcale nie czułam się z tym dziwie. Było trochę jak w domu podczas rozmów przy dobrej kawie. Śmiałyśmy się, śpiewałyśmy w samochodzie i planowałyśmy co dalej. Nawet ja, dzięki temu miałam energii za dwóch. Na początku mama powiedziała, że najpierw sentymenty, a później niespodzianka... Zatem czekałam na niespodziankę ciesząc się tym co tu i teraz, ciesząc się czasem z nią, jej i swoją energią. Czułam wolność, prawdziwość i świeżość tego czasu.


Z Zamościa skierowałyśmy się w kierunku Bieszczad, w których nigdy nie byłam.  Pogoda była całkiem przyjemna. Im bardziej na południe, tym więcej śniegu. Mróz i śnieg w towarzystwie słońca radowały każdą komórkę mojego ciała. Przypominałam sobie jak będąc nastolatką, zimą, koleżankami byłyśmy w Rogach podczas ferii zimowych. Zajrzałam wtedy do Dukli, Miejsca Piastowego, Krosna i weszłam na Cergową, ale wspomnienia z tych miejsc miałam bardzo odległe. Pamiętam jak oprowadzano nas po Pustelni św. Jana z Dulki. W pewnym momencie znajomy przewodnik powiedział wskazując ręką: "A tam on miał ule..." na co wszystkie trzy spojrzałyśmy na niego nieprzytomnymi oczami pytając: "Jaką Ulę...???" .
Ze wspomnień wyrwał mnie głos mamy:
- A teraz - powiedziała - zaczynamy zmierzać w kierunku niespodzianki... Jeszcze kilkanaście kilometrów.
Uszy i serce nastawiłam jak radary... Co też ona mogła wymyślić...? Choć droga była prosta, to samochód zaczął podskakiwać jak na wyboistej drodze. Mam była skupiona i zadowolona jednocześnie, więc ja tylko szerzej otwierałam oczy i używałam mięśnia naczasznego marszcząc czoło. Czułam lekki niepokój, ale mam starała się trzymać kierownicę mocno i jechała prosto i pewnie. Miałam wrażenie, jakby coś nam chciało przeszkodzić w dotarciu do tego celu jak dotąd znanego tylko mamie. Im bliżej, tym bardziej nami szarpało. Nagle jednak wjechałyśmy w rozległą dolinę, gdzie, jak okiem sięgnąć było biało. Zbocza porośnięte gęstym lasem pokrywał śnieg. Horyzont zakończony był wysokimi świerkami i tak samo strzelistą wieżą kościoła kierującą się ostro ku niebu. Bajka, pomyślałam, ale nagle szarpnęło mocniej, a przed nami wyrósł mur z kamieni. Tak jakby zabudowano drogę, a wieś była nim otoczona. Dziwne... Wycofując,  ślizgając się trochę i klucząc znalazłyśmy w końcu drogę, która prowadziła  dalej wzdłuż muru, ale tera zbyła przysypana śniegiem. Dojechałyśmy do szerokiej drewniano-kamiennej bramy w stylu jakby norweskim. Parę razy na wciąż gładkiej drodze nami wstrząsnęło, ale jechałyśmy dalej i nagle po prawej stronie zauważyłam drzewo. W miarę zbliżania się do wioski ze strzelistym kościołem, zbliżałyśmy się też do drzewa, a ono było naprawdę bardzo duże, coraz większe..., ogromne. Trochę przypominało baobab. Pomyślałam, że już mi się podobają te Bieszczady. Podjechałyśmy bardzo blisko. Mama wyłączyła samochód  i spojrzała na mnie znacząco.
- Jesteśmy - powiedziała tajemniczo mrużąc oczy.
- Jesteśmy...? Chciałaś mi pokazać to drzewo? Tak po prostu? I Bieszczady? Obejrzymy je i będziemy chodzić po górach...? - byłam trochę rozczarowana i zdziwiona. Mama uśmiechnęła się tylko i pokiwała głową.
- Wejdź do środka - powiedziała spokojnie. Uświadomiłam sobie, że podczas całej podróży była nieprawdopodobnie miła i cały czas zgadzała się ze mną. Dopiero teraz zaczęło to być trochę dziwne.
- Do... środka...??? - nie dowierzałam.
- Tak, tutaj, zobacz - wskazała mi drzwi maleńkiego domku, w kolorze pnia drzewa, ukrytego wśród rozległych korzeni, z których ogromna część znajdowała się nad ziemią, dzięki czemu wydawało się, że drzewo tylko częścią korzeni zagłębia się w ziemię, reszta tworzy ażur i taką jakby drewnianą koronkę pod grubym pniem drzewa.
- Mam tam wejść sama...? Wejdziesz ze mną? - czułam się niepewnie.
- Wejdziemy razem - uspokoiła mnie - Zobacz tam są dwie pary drzwi - dopiero teraz je dostrzegłam, bo wzór słojów tak się zlewał, że podczas szybkiego spojrzenia przed chwilą nie zauważyłam drugiej klamki - Chodź, wzięła mnie za rękę, a ja ufnie włożyłam swoja rękę w jej. Szłyśmy w świeżym jasnym puchu. W pewnym momencie weszłyśmy w cień drzewa. Śnieg błyszczał i skrzypiał. Podeszłyśmy do drzwi. Ja do prawych, ona do lewych.
- Mamo, ale co to będzie...? - usiłowałam uzyskać jakąś odpowiedź.
- Całe życie chciałam Ci to pokazać - powiedziała - ale nie byłaś jeszcze gotowa - zdumiała mnie i mocniej ścisnęła moja rękę - Ruszaj, zobaczysz, będzie pięknie - powiedziała z uśmiechem - później się tu spotkamy - dodała.
Puściła moją dłoń i każda z nas zaczęła otwierać swoje drzwi walcząc ze śniegiem, który leżał tuż przy nich. Otworzyłyśmy je w tym samym momencie. Spojrzała na mnie jeszcze raz.
- Będzie pięknie, zobaczysz - uśmiechnęła się spokojnie i szczerze i zamknęła za sobą drzwi.
Weszłam ufając i też zamknęłam za sobą drzwi. Weszłam na mały placyk wyłożony wapiennymi płaskimi kamieniami i d razu zobaczyłam takie same wapienne, kamienne schody prowadzące jakby w dół, a jednocześnie prosto skąd, zza zakrętu, wychodziły świetliste promienie. Wyglądały trochę tak, jakby tam dalej świeciło słońce jeszcze intensywniejsze niż to na mroźnej bieszczadzkiej polanie, na której zostawiłyśmy samochód. Wahałam się tylko przez moment, bo lubię przygody, zakamarki i włóczęgę bocznymi ulicami starych miast i wiem, że schody zawsze prowadzą w ciekawe miejsca.
Za zakrętem weszłam na podobna polankę jak ta, z której wchodziłyśmy razem z mamą. Tak, jakbym poszła za to wielkie drzewo, ale oglądając się, ale nie zobaczyłam go za sobą. Szłam i szłam podekscytowana, aż doszłam do miejsca, gdzie stał drewniany fotel wyłożony aksamitnymi turkusowymi poduszkami i stolik z malutką porcelanową filiżanką i miską pełną owoców. "Usiądź tutaj" - było napisane na kartce, która leżała na jednaj z poduszek. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że w filiżance jest gorące podwójne espresso z orzechową cremą. Usiadłam pełna oczekiwania i poczułam spokój. "Spróbuj mnie" zobaczyłam malutką kartkę na spodeczku przy filiżance, a przy owocach napis "poczęstuj się". Najpierw wzięłam piękną i słodką malinę, później sięgnęłam po kawę i w jednej ręce trzymając spodeczek, popiłam. Kawa rozlała się po języku jak delikatny krem. Zdążyłam pomyśleć "Doskonała...", kiedy nagle śnieg wokół zaczął się topić... Wokół mnie pojawiły się kolorowe kwiaty, a zamiast śniegu pod nogami miałam zieloną trawę. Na żadnym drzewie nie było już śniegu, a wśród gałęzi, spoglądając na mnie przez chwilę, mignęła wiewiórka. Zdumiona rozglądałam się wokół. Odstawiając filiżankę zobaczyłam, że mam na sobie zwiewną sukienkę w kwiaty, a na stopach sandałki. Ale jak... Co ona powiedziała...? ...że wcześniej nie byłam na to gotowa...? Ale jak...??? Jak...??? Nie wiedziałam czy tracę rozum, ale czułam zapach i kwiatów i kawy jednocześnie. Poczułam, że moja prawą stronę twarzy przeszywa dreszcz... i opadłam na poduszki. Byłam jednocześnie w stanie świadomości i nieświadomości. Widziałam, że stoję na tarasie, z którego rozciąga się widok na lazurowe morze. Śpiewały ptaki, a ja czułam, że budzę się z głębokiego snu. Wszystko było tak realne...!Widziałam wszystko tak wyraźnie, jak nigdy dotąd. Czułam zapachy, ciepło słońca i orzeźwiające powiewy wiatru. Czułam się też silniejsza, jakby zdrowsza i pełniejsza miłości. Czułam jednię z naturą. Byłam jednocześnie nią i sobą. Czułam, że schodzę do głębi swojego serca i tam jestem jeszcze piękniejsza i lepsza. Czułam cierpliwe wsparcie dla samej siebie i miłość do wszystkich. Czułam się człowiekiem z szerszym sercem niż dotychczas i człowiekiem naprawdę wolnym. Czułam jakbym dopiero teraz docierała do Prawd Najważniejszych. Całą mnie wypełniała słodycz nadziei. Nie było przeszłości i przyszłości. Był tylko ten moment, ten czas. Błękit nieba i lazur wody sprzyjał mi jak nigdy dotąd. To był mój film, a w nim świadomość, że moje szczęście nierozerwalnie związane jest ze mną i zależy tylko od jednego człowieka na tym filmowym planie, ode mnie. W tym momencie akceptowałam życie takie, jakim jest. Byłam jednocześnie sukienką w kwiatki, lazurem morza, siłą skał dumnie opierającym się falom i błękitem morza. Tym wszystkim i sobą jednocześnie. Spokojną i wolną, pełna miłości i wyrozumiałości. Poczułam swego rodzaju dreszcz szczęścia, pełnię życia i... wtedy się... obudziłam. Z poczuciem szczęścia, które pozostało.



Zatem z całego serca polecam dbanie o swój sen. Wiem, że jeśli zadbam o ładowanie nocnej, dobrej energii, zawsze będę miała jakaś przygodę. Bardziej lub mniej realną. Prawie "na zawołanie"... Co i Wam z całego serca polecam.

     A na koniec najważniejsze. W zasadzie tylko z tego powodu opisuję Wam co u mnie słychać we... śnie. Teraz mam dla Was pyszny sernik bananowy z przepisu podróżników, ludzi, którzy zjedli kawał świata, właścicieli kawiarni La Ruina na wyjątkowej Śródce w moim kochanym Poznaniu, w którym mieszkałam 5 dobrych lat. Przepis pochodzi z wydanej przez nich książki "Lubię".  Z całego serca...!


Banofil
tortownica 26 cm

spód
130g maki
75g masła
65g cukru
20g kakao
większa szczypta soli

masa
1kg twarogu
40g mąki
200g cukru
3 jajka
3 banany (po ok.180g)
150g kwaśnej śmietany
szczypta soli

50g gorzkiej czekolady
50g mlecznej czekolady
200g kajmaku
szczypta soli

klajdra
150g mascarpone
30g cukru pudru
100ml śmietany kremówki
30ml rum Havana Club
kakao
pieprz

1. Rozgrzej piekarnik do temperatury 200°C.
2. Roztop masło. Wszystkie składniki sodu włóż do miski i dokładnie połącz, najlepiej dłońmi, zagniatając je mocno między palcami (nie łączą się w zbitą kulę). Przełóż do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, równo rozprowadź. Mocno i równomiernie rozgnieć zarówno brzegi, jak i całą powierzchnię spodu. Nie oszczędzaj się, dzięki temu spód będzie chrupiący. Wstaw do piekarnika i piecz ok.10 min., aż do lekkiego przyrumienienia. Odstaw do wystygnięcia i stwardnienia.
3. Zwiększ temperaturę w piekarniku do 220°C.
4. Rozpuść czekolady w kąpieli wodnej. Dodaj kajmak i mieszaj do uzyskania jednolitej masy. Wylej do formy i równo rozprowadź po spodzie.
5. banany rozgnieć widelcem na pureé. W misie miksera umieść twaróg. Mieszaj chwilę, aby go delikatnie spulchnić. Dodawaj pozostałe składniki po kolei, mieszając tylko do połączenia składników w misie. Najpierw mąka, cukier, sól. potem jajka, jedno po drugim. Następnie pureé z bananów i na koniec kwaśna śmietana. Nie zmieniaj tej kolejności. Przelej do formy.
6. Wstaw do piekarnika na 10 minut, następnie zmniejsz temperaturę do 150°C i piecz kolejne 45-50 minut, lub do czasu, aż boki sernika będą ścięte, a środek delikatnie trzęsący. Boki sernika nie powinny się podnieść (ewentualnie delikatnie). wyjmij sernik z piekarnika i odstaw do ostygnięcia. Następnie wstaw do lodówki, najlepiej na noc.
7. Następnego dnia w misie miksera umieść mascarpone i przesiany cukier puder. Wymieszaj. Dodaj kremówkę i miksuj aż krem zgęstnieje. Uważaj żeby nie przebić śmietanki, bo zrobisz masło. Na koniec wlej rum i krótko mieszaj. Rozprowadź klajdrę na serniku. Wyrównaj. Oprósz równomiernie, hojnie kakao, przesiewając je przez sitko.
8. Przed podaniem posyp obficie wierzch sernika świeżo mielonym, drobnym pieprzem, albo... nie posypuj ;).




poniedziałek, 13 lutego 2017

Pączki Pani Marii


Mama smażyła je nie tylko w karnawale, ale, wolałam te w sklepie wiejskim przywożone z GS-u. Później te w mieście, naprzeciwko szkoły, gdzie na dużej przerwie popijaliśmy je oranżadą. Lukier oblepiał brodę, marmolada czaiła się w kącikach uśmiechniętych i rozgadanych ust, a państwowy pączek i słodki musujący napój był szczęściem na tę chwilę. Może gdyby zegarek tak bezlitośnie nie odliczał minut dużej przerwy, radość byłaby mniejsza...??? Kto wie... Niecodzienność oranżady była szczęściem zaraz obok dżinsów z wysokim stanem zapinanych na szeroki pas i turkusowej podszewki wypełniającej kieszenie... (i jeszcze wielu innych rzeczy, z których dziś byłoby absurdem się cieszyć). Nie każdy takie dżinsy miał, więc wspomnienie uczuć nie jest przesadzone. Gdybym jednak musiała wybierać..., ze spokojem zrezygnowałabym z pączków, a wybrała dżinsy - takie spełnienia wczesnej nastolatki lat dziewięćdziesiątych. Ale, wracając do pączków, te mogły, ale nie musiały istnieć, więc, gwoli ścisłości, znawcą.... nie byłam, jednak od momentu spróbowania pączków Pani Marii, dobrego pączka potrafię rozpoznać.


Być może przepis na TE pączki podobny jest do wielu innych przepisów na pączki.... Być może wyglądają identycznie jak wszystkie pączki, które do tej pory widzieliście. Być może. Zmienilibyście jednak zdanie po pierwszym, no... może po drugim kęsie. Dla mnie jednak, nawet nie wyglądają jak wszystkie inne pączki, gdyż są o połowę mniejsze, ale, co najistotniejsze, przede wszystkim nie dorównują innym swoją delikatnością.
Po raz pierwszy jadłam je jakieś 20 lat temu. Później zdarzyło się to jeszcze kilka razy. Może dwa, może trzy... Prośbę o przepis próbowałam się ułożyć w słowa, ale informacje, że nawet najwytrawniejsze gospodynie-koleżanki nie osiągnęły tej delikatności, o której mowa, skutecznie spychały ambicje o smażeniu pączków-ikon w dalszą przyszłość, taką, w której być może nabiorę wprawy... Innym, z doświadczeniem, nie wychodziło, to jak mi..???, więc... nie prosiłam. Z łatwością jednak wydębiłam przepis na sernik z ziemniakami i wraz z nim otrzymałam cały zeszycik z przepisami powojennymi, a w nim receptę na pączki. Na TE pączki. Czas jednak mijał, zeszycik kurzył się, a moje onieśmielenie trwało. Wspomniałam kiedyś Pani Marii, że może byśmy kiedyś wspólnie spróbowały..., ale się nie "składało". W końcu, latem, otrzymałam od niej telefon: "Przyjeżdżaj, jutro smażymy pączki...!". Byłam wniebowzięta...!!!


Po rozczynieniu drożdży, po połączeniu wszystkich składników zaczęłyśmy pracować. Najpierw Ona, później ja. Pamiętając Jej wcześniejsze ruchy, uderzałam ciastem o dno miski, wyciągałam je wysoko w stronę sufitu, aby lądując znów uderzyło o miskę. I tak ponad półgodziny, aż Pani Maria stwierdziła, że już wystarczy, że jest takie, jak trzeba. Przykryła je ściereczką i zostawiła aby urosło, a nam zrobiła kawę.


Aromat kawy i drożdży wypełniał kuchnię, a ja słuchałam opowieści o tym jak mała Marysia, może jedenastoletnia, może dwunastoletnia, razem z ciekawskimi dzieciakami z sąsiedztwa uwielbiającymi pączki, podpatrywała przy pracy wspaniałego radomskiego cukiernika pana Banasika. Widziała jak mistrz ciastem rzucał, jak je ugniatał i klepał tak długo, aż w cieście pojawiały się pęcherzyki. Mówiła, że zapamiętała, iż ciasto musi być delikatne, trzeba je wyrabiać dość energicznie aż będzie właściwie napowietrzone. Później widziała, że mistrz ciasta nie wałkuje, a rozciąga rękami starając się nie przerwać jego delikatnej struktury. Po wojnie,  już w życiu dorosłym, piekąc pączki dla dzieci pamiętałą o panu Banasiku i jego technikę wprowadziła do swojej kuchni. Pączki jednak zmniejszyła, bo nie lubiła "takich dużych buł" , a po latach do lukru dodała skórkę pomarańczową, którą, z kolei, podpatrzyła w Warszawie w kawiarni "Pod kurantami".

Kiedy skończyła się kawa, a ciasto urosło, w powietrzu unosił się nadal smak przedwojennych wspomnień. Lepiłyśmy delikatne ciasto zamykając w nim wiśniową konfiturę. Pani Maria od czasu do czasu dorzucała garstkę obrazów z dziecięcych lat.
Później przyszedł czas na drugą kawę i ocenę (...!) ciepłych jeszcze pączków. Pozostałe delicje rozdzieliłyśmy do pudełek dla dla mnie, dla niej oraz kilku krewnych i znajomych.


Zatem pierwsze wspólne pączki miałam za sobą i cieszyłam się jak... nie wiem co...! Teraz sama wzięłam się za ich samodzielne rozciąganie, klejenie i... smakowanie. Po trzech pączkach zadzwoniłam do Pani Marii nieśmiało pochwalić się sukcesem. Prosiła, abym jednego pączka zjadła w jej intencji, co z wielka przyjemnością uczyniłam, a resztę.... rozdałam.
Pamiętajcie, że sukcesem tych pączków jest długie wyrabianie i rozciąganie, a nie wałkowanie ciasta.
Dziękuję za uwagę i powodzenia...!


Pączki Pani Marii

rozczyn:
50g drożdży
50g cukru
30g mąki
trochę letniego mleka tak, aby składniki się połączyły

pozostałe składniki:
4 żółtka
3 jajka
80g cukru
skórka z cytryny
750g mąki
1/3 -1/2 szklanki mleka
szczypta soli
kieliszek alkoholu
140g masła

konfitura wiśniowa albo inna ulubiona jako nadzienie
smalec lub bezwonny olej do smażenia; ja smażę na tłuszczu pół na pół: dwie kostki smalcu i butelka oleju

1. Zrób rozczyn i postaw do wyrośnięcia.
2. Utrzyj jaja i żółtka z cukrem i skórką z cytryny, dodaj przesianą mąkę, wyrośnięty rozczyn, mleko, sól i alkohol. Wyrabiaj ręką.
3. W rondelku roztop masło.
4. Gdy wszystko się połączy, dodawaj PO TROCHU roztopione masło i wyrabiać ciasto do osiągnięcia gładkości i pęcherzyków powietrznych. Oprósz mąką i przykrywając ściereczką odstaw do wyrośnięcia na półtorej do dwóch godzin.
5. Gdy ciasta przybędzie jeszcze raz tyle, podziel na 4 części, wykładaj po jednej na stolnicę ( a resztę schowaj pod ściereczką) i rozciągaj (ale nie wałkuj) aż ciasto osiągnie grubość mniej więcej 1,5 cm. Klasyczną szklanką wykrawaj krążki. Krążek kładź na rękę, na krążek dwie, albo trzy wisienki i sklejaj tak, aby konfitura nie wypłynęła.
6. Układaj pączki na posypanym mąką blacie, nakryj ściereczką i pozostaw do wyrośnięcia na jakąś godzinę.
7. Rozgrzej dobrze tłuszcz.
8. Wyrośnięte pączki omieć z mąki i kładź na tłuszczu. Gdy spód się zrumieni, drewnianym patyczkiem odwróć na druga stronę.
9. Usmażone pączki wykładaj na papierowy ręcznik, osącz i wyłóż na talarze. 
Po usmażeniu wszystkich smaruj je lukrem ze smażoną skórką pomarańczową, albo w wersji skrócone z lukrem ze świeżo startą skórką pomarańczową, albo zwyczajnie oprósz cukrem pudrem, ale.... to już nie będzie to.

skórka pomarańczowa
składniki na 1,5 szklanki:

6 dużych pomarańczy ze średnio grubą skórką
2 szklanki cukru
1/4 szklanki wody

Pomarańcze wyszoruj i sparz. Obierz dzieląc skórkę na ćwiartki. Ze skórek odkrój i wyrzuć białą warstwę (albedo). Pozostałą skórkę pokrój w kosteczkę, zalej wrzącą wodą i gotuj 5 minut. Odcedź. Czynność powtórz.
W rondelku wymieszaj wodę z cukrem. Wrzuć przygotowane skórki pomarańczy i gotuj na minimalnym ogniu (początkowo pod przykryciem, pod koniec gotowania bez przykrycia), aż staną się półprzezroczyste, a większość wody wyparuje, około 45 minut. Wystudź, następnie na sitku odlej nadmiar syropu (około 2 łyżek).
Przełóż do słoiczków. 

lukier pomarańczowy 
1 szkl. cukru pudru 
1-2 łyżki soku z pomarańczy
 Łączę składniki ucierając je łyżką.


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Simit, rokitnik i powrót czyli tureckie bajgle i koktajl z rokitnika, mango i banana



Takiej przerwy nie planowałam. Żadnej nie planowałam. Życie zaplanowało, a ja mu uległam... Ten rok obfitował w nowe doświadczenia sportowe, zawodowe, fotograficzne i kulinarne. Zdobyłam nowy zawód (jestem podologiem...:)), w którym się rozwijam. Przebiegłam maraton, dwa półmaratony i kilka krótszych oficjalnych biegów. Stylizowałam zdjęcia do książki z wypiekami, która jeszcze nie ukazała się na rynku i nadal kulinarnie (i około kulinarnie) eksperymentuję w swojej kuchni.

Dziś mam przepis przepyszne bajgle tureckie z książki Moniki Wałeckiej "Opowiadania drewnianego stołu" oraz wyjątkowo aksamitny koktajl, który podpatrzyłam Mary. Bajgle najlepiej smakują w dniu wypieku. Koktajl jest z rokitnikiem, pełnym cudownej witaminy C (który zebrałam jesienią i zamroziłam, przyszłym roku zamrożę jeszcze więcej) i z mlekiem owsianym, które robi się wyjątkowo łatwo (poniżej przepis), ale możesz też użyć innego roślinnego, lub zwykłego.

Może koktajl i bajgle wystarczą na początek...?


Simit - tureckie bajgle
Składniki na 10 sztuk

650 g mąki pszennej (chlebowa typu 750)
7 g drożdży suchych
200 g letniej wody
150 ml mleka
1 jajko
2 łyżki oliwy z oliwek
2 płaskie łyżki cukru
1 łyżeczka soli

Dodatkowo:

1 szklanka sezamu, podprażonego na suchej patelni do zezłocenia ( mieszaj cały czas, przypalony sezam będzie gorzki)
1/3 szklanki wody wymieszana z 1 łyżką melasy

Ze wszystkich składników (oprócz sezamu i melasy) zagnieć gładkie i elastyczne ciasto. Przełóż je do naoliwionej miski i pozostaw do wyrośnięcia na godzinę lub do czasu podwojenia objętości.
Kiedy ciasto urośnie, wyłóż je na blat i podziel na 10 kawałków. Każdy z nich uformuj w kulkę i pozostaw na kwadrans. Następnie każdą z kulek rozwałkuj rękami na wałeczek o długości mniej więcej 70 cm. Złóż go w pół i skręć delikatnie dookoła własnej osi aż otrzymasz świderek.  Złącz jego końce i ułóż na umączonym blacie. Instrukcję jak formować bajgle znajdziesz tutaj.
Tak przygotowane bajgle pozostaw do wyrośnięcia na 30 minut. W międzyczasie lekko podpraż na patelni sezam, w oddzielnej misce rozrób melasę z pół szklanki wody. Podrośnięte bajgle zanurz w przygotowanym roztworze z obu stron, lekko odsącz je nad miską, a następnie obtocz w sezamie. Ułóż na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piecz przez ok. 25 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Bajgle najlepiej smakują w dniu wypieku, ale z powodzeniem możesz z nich korzystać przez następne dwa dni. Smacznego!

Uwaga: jeśli chcesz, by pęknięcia na bajglach były mocniej widoczne, posmaruj je wodą z melasą i oprósz sezamem  jeszcze przed podwojeniem objętości, zaraz po uformowaniu;

 

 Koktajl z rokitnika, mango, banana i mleka owsianego
3 porcje 1 bardzo duży banan
 1 mango
 100 g rokitnika*
 2 filiżanki mleka owsianego **
 1łyzeczka ekstraktu waniliowego
  1/2 łyżeczki kurkumy

dodatkowo (do ozdoby)
sezamem
mrożone malin
 
mrożony rokitnik

Wymieszaj wszystkie składniki w blenderze, aż smothie będzie gładkie i gęste. Przecedź przez sito, aby pozbyć się czarnych pestek z rokitnika. Wlej do szklanek i pij ze smakiem.
    



* jeśli jesteś z Warszawy, TUTAJ możesz dostać rokitnik mrożony ;

**Mleko owsiane
2 filiżanki

4 łyżki płatków
400 ml wody
Zmiksuj i przecedź przez gazę, albo czystą ściereczkę.

Do koktajlu możesz użyć mleko nie przecedzone, wtedy koktajl będzie bardziej gesty.


środa, 2 grudnia 2015

Crumble z jabłkami, malinami i orzechową kruszonką. Oczekiwanie na...


Grudzień. Gałęzie drzew obce, jakby nieznajome, a po kolorowych wcześniej, liściach tylko mokre resztki. Na dworze gorzej niż przewidujemy. Lodowaty płyn wpada prosto za kołnierz, a wiatr szarpie połami płaszczy. Do tego ciemno i zimno. Wciąż jeszcze jesień, ale samo słowo grudzień przynosi wewnętrzne nastawienie na zimę. Z pawlaczy, czy garderoby wyciągamy rękawiczki i czapki, kupujemy buty, kurtkę, czy płaszcz "na zimę". Wraz z tym nastawieniem i grudniem przychodzi czas oczekiwania na... śnieg. Wprost nieproporcjonalnego oczekiwania w stosunku do zapowiedzi pogodynek i innych (Kret kłamie...! powiedziała wczoraj koleżanka). Ale co tam... lekceważymy je, bo oczekiwanie ma swoje prawa.... Czekamy, nawet jeśli głośno nie przyznajemy się do tego. Czekamy, bo każdy z nas nosi w sobie pragnienie... baśni, a pierwszy śnieg jest jej, swego rodzaju, namiastką. Czekanie wytwarza w nas przepiękne przestrzenie piękna i czegoś nieuchwytnego... W każdym razie śnieg, w naszej szerokości geograficznej, pojawi się, albo... nie, a piękno pozostanie. Tak przynajmniej sobie życzymy.


Grudzień to czas Adwentu i radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie. Mój kolega mówi, że Adwent wywodzi się od angielskiego słowa adventure - przygoda, więc trzeba się przyGodować na przyjście Jezusa i tym czasie przeżyć wspaniałą przygodę. A poważniej to czas intensywnej nadziei i odkrywania miłości w ludziach i w sobie. Czas nadziei na lepsze...

Mój wieniec przybrał w tym roku formę pieńka. Inspiracją był dla mnie pieniek Kristin z Islandii, który znalazłam wśród jej przepięknych zimowych zdjęć. Jak Wam się podoba?

Skoro grudzień i Adwent to napełniam się oczekiwaniem i nadzieją mrucząc pod nosem: "Dopóki jest ciasto, jest nadzieja. A ciasto jest zawsze."(Deana Koontz - ale nigdy nie pamiętam...). Zatem ciasto z kruszonką. Swobodnie mogłabym je nazwać malinową szarlotką z kruszonką, ale będę się trzymać nomenklatury Katie Quinn Davies, z której przepisu korzystałam - "What Katie Ate. Weekend Katie" - i zostanę przy kruszonce, albo crumble. Ciasto jest zwarte i sycące, ale nie przesłodzone, słodycz jest tutaj zbalansowana orzeźwiającymi malinami ( u Katie jeżynami) i jabłkami. Pyszne do cappuccino i do herbaty, a do kakao najlepsze. Już jeden mały kawałeczek wywołuje uśmiech.


Crumble z jabłkami, malinami i orzechową kruszonką
12porcji - blacha 24x30cm


150g schłodzonego masła, pokrojonego na małe kawałki
300g przesianej mąki
110 + 50 g cukru pudru
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (albo cukru z wanilią)
2 zielone jabłka pokrojone na małe kawałeczki
250 g świeżych lub mrożonych malin (mrożone rozmrozić)

orzechowa kruszonka
75g mąki pszennej
100g schłodzonego masła, pokrojonego na kawałeczki
75g brązowego cukru + 2 łyżki do posypania
45g płatków owsianych
125g orzechów laskowych bez skórek, posiekanych
1/2 łyżeczki mielonego imbiru

1. Mikserem utrzyj masło, mąkę i 110 g cukrupudru do czasu aż będą przypominać mokry piasek. Dodaj jako i ekstrakt waniliowy i mieszaj dalej, aż powstanie zwarte ciasto. Uformuj z niego kulę, zawiń w folię spożywczą i włóż do lodówki na 20 min.
2. W tym czasie do rondla włóż jabłka, maliny, wsyp pozostały cukier i wlej sok z limonki oraz 125 ml wody (u mnie to był sok pozostały z rozmrażanych malin). Doprowadź do wrzenia, następnie zmniejsz moc palnika d średniej i gotuj 15-20 min. lub do czasu aż jabłka zmiękną, a większość płynu wyparuje. Zdejmij rondel z ognia odstaw do ostygnięcia.
3. Rozgrzej piekarnik do temperatury 180°C. Formę do pieczenia natłuść ALBO wyłóż papierem do pieczenia.
4. Przygotuj kruszonkę: mikserem utrzyj mąkę z masłem, aż powstanie tzw. mokry piasek. Dodaj pozostałe składniki włącz znowu na chwile mikser, aby je wymieszać i zostaw na później.
5. Wyjmij ciasto z lodówki, rozwiń i uformuj okrągły placek. Włóż go między 2 kawałki papieru do pieczenia, rozwałkuj na prostokąt o wymiarach 24x30cm i rozłóźż na spodzie blaszki.
6. Nakłuj ciasto dość gęsto widelcem i piecz 20 min. lub do czasu, aż zacznie brązowieć. Wyjmij ciasto z piekarnika, odczekaj 5 min., a następnie równomiernie rozłóż przygotowane wcześniej owoce. Posyp je kruszonką i dodatkową porcją brązowego cukru. Piecz 25-30 min. lub do momentu, kiedy kruszonka nabierze złocistego koloru. Po wyjęciu zostaw ciasto w blaszce na 30 min, następnie pokrój na kwadraty i podawaj.


wtorek, 21 lipca 2015

Jagodzianki wegańskie


Lipiec chciałam wychwalać i błogosławić, że taki piękny i wyjątkowy, a on jak kapryśna panna, która nie może się zdecydować czy wyjść w kurtce czy założyć koszulkę z krótkim rękawkiem, a może... bez... Dziś zakładał bluzę, później ją ściągał, a jeszcze później żałował, iż nie założył krótkich spodenek.
Niemniej pokazał mi swoje cudowne oblicze pozwalając kilka razy (po 3 razy przynajmniej w ciągu jednej sesji) zanurzyć się w falach Bałtyku. Talasoterapia na wyciągnięcie ręki - myślałam z całą świadomością. Po kolana, po pas, po szyję. Temperatura wody - 21 - stopni to było coś wyjątkowego w naszych warunkach, ale, po przyzwyczajeniu, nawet te późniejsze17 stopni jakoś znosiłam czując przypływ ogromnej energii podczas i po kąpieli. Czasami jechałam tylko się wykąpać, jak na zabieg,  przebierałam się prędko i wracałam odrodzona. Słona woda na skórze, która później jest wyjątkowo miękka, piasek przesypywany jak w klepsydrze i piasek pod stopami, delikatny piling i akupresura dla stóp. I trochę słońca dla uśmiechu. Powietrze przesiąknięte morskim aerozolem więc, nawilżanie wewnętrzne i zewnętrzne. Terapia i relaks zwyczajnie po pracy. Odczułam, że w morskiej wodzie, nawet tak słabo zasolonej jak nasz Bałtyk, drzemie ogromna moc i przedziwna energia, którą można odczuć tylko po zanurzeniu. Przez tyle lat tego nie doceniałam. Nawet nie praktykowałam. Już czekam na następne kąpiele nawet w niepogodę i obiecuję sobie, że w tym roku stanę się morsem. Na bank.

Tymczasem pół lipca produkuję jagodzianki. Tych klasycznych ulepiłam już prawie 100. Tym razem  jagodzianki wegańskie. Tylko 13 na moim koncie. Nie wiedziałam czy ciasto będzie współpracować, nie wiedziałam, czy się skleją i jaki będą miały smak, ale wyszły naprawdę obłędne i niewiele różnią się w smaku. Jak na wegańskie, które zawsze odbiegają od ideału, są idealne. Jestem pewna, że już podczas łączenia składników będziecie wydawać pomruki zadowolenia spowodowane aromatem oleju kokosowego.


Jagodzianki wegańskie 

Składniki :
12-13 sztuk


350 przesianej mąki pszennej tortowej
60 g drobnego cukru plus duża szczypta cukru do drożdży

100 g oleju kokosowego (lub innego oleju)
25 g świeżych drożdży (lub 7 g drożdży suszonych)
125 ml letniego mleka migdałowego (lub innego roślinnego)
dobra szczypta soli

Nadzienie:
300 g jagód

6-8 łyżeczek cukru trzcinowego muscovado (ten ciemniejszy)
cukier z prawdziwą wanilią, albo ziarenka z laski wanilii
2 płaskie łyżeczki mąki ziemniaczanej

1. Rozczyn:
w letnim mleku migdałowym rozrób drożdże ze szczyptą cukru. Odstaw na 10 minut.
2. W misce wymieszaj mąkę, cukier i sól. Dodaj olej kokosowy, połącz.
3. Wyrośnięty rozczyn wlej do miski z mąką i wyrabiaj ciasto tak, aby składniki się połączyły, ciasto ma być gładkie, zajmie to najwyżej 2-3 min.. Uformuj z niego kulę i odstaw w misce przykryte ściereczką (nie stawiaj na słońcu!) w aż do momentu, gdy podwoi objętość (około 2 ½ godziny)
4. Odgazuj ciasto lekkim uderzeniem pięścią. Podziel je na 10-12-13 części, zależnie od tego jakiej wielkości jagodzianki lubisz. Jeśli chcesz zważ swoje ciasto, i podziel wagę na 12-13 sztuk... Każdy mój kawałek waży 50g .
5. Nagrzej piekarnik do temp. 190°C
6. Jagody zasyp mąką i cukrem, delikatnie obtaczaj w nich owoce.
7. Każdą część ciasta rozwałkuj na podłużny lub kwadratowy placek.
8. Układaj na dłoni i na środku wykładaj owoce (po łyżce). Zamykaj sklejając dokładnie wszystkie brzegi ze sobą (jeśli nie chcą współpracować posmaruj brzegi leciutko odcedzoną wodą po cieciorce z puszki, czy ze słoika). Formuj delikatnie owalny kształt i złączeniem do dołu układaj na blasze wyłożonej pergaminem.
9. Posmaruj jajkiem (to już nie wegański stan sprawy) roztrzepanym z odrobiną mleka migdałowego lub samym mlekiem, albo wodą pozostałą z gotowania cieciorki.
10. Piecz 20 minut.
11. Po przestygnięciu zrób lukier jeśli chcesz i polej nim jagodzianki.


Lukier zrobisz wsypując jakieś 250 g cukru pudru do miseczki, dolejesz łyżkę gorącej wody, wciśniesz 2-3 łyżki soku z cytryny i będziesz mieszać. Lukier ma być gęsty, ale nie za gesty. Jeśli będzie za gęsty, dodasz wody lub cytryny, jeśli za rzadki dodasz cukru.

 

poniedziałek, 16 marca 2015

Beza Pavlowa z karmelizowaną w miodzie pomarańczą i prażonymi migdałami


beza Pavlowa z pomarańczą (7)

Za 5 dni wiosna..! Ta wiadomość nastraja mnie tak pozytywnie jakby miało się wydarzyć NIEWIADOMOCO. To oczekiwanie ma w sobie niezwykły ładunek emocjonalny. Może trochę kiczowaty i dziecinny…, a może to po prostu wrażliwa część mojej duszy...

Wiosna wdziera się wszędzie. Choć wiąż jeszcze królują przebiśniegi i wesołe krokusy, to co dzień dostrzegam kolejne zielone listki, które coraz odważniej wydostają się ze szczelnych pączków. Na łąkach widziałam bazie, szczaw i pierwsze zawiązki podbiału. Oczyszczając taras i zobaczyłam, że pod wyschniętym tymiankiem zaczęła kiełkować mięta. Zerwałam dwie 3- centymetrowe gałązki, roztarłam je leciutko w dłoniach i włożyłam prosto do ust. Czułam się tak, jakbym właśnie zjadała pierwsze, jeszcze miniaturowe, ogórki, bo zielone, świeże gałązki były pełne wyjątkowej delikatności i smaku, której można doznać wraz z pierwszym pomidorem, pierwszą truskawką lekko opiaszczoną, czy marchewką świeżo z ziemi wyciągniętą, albo pierwszym gryzem pysznego chleba i pierwszym łykiem dobrego wina .

Jest pięknie i ciepło, a ja zachwycam się tym powtarzalnym zjawiskiem jak mała dziewczynka. Co roku tak samo intensywnie na nie czekam i przez skórę czuję, że w przyszłym i w następnym roku powtórzy się identycznie. I tak do 80-siątki, 90-siątki, albo 100-ki :) :) :).

Wiosna zagląda słońcem, niebieskim niebem i myślami o sukienkach w kwiatki, a poranne gołębie gruchają zupełnie tak samo, jak w pełni lata.

beza Pavlowa z pomarańczą (10)

Tą zbliżającą się wiosną się cieszę jak.. nie wiem co…!, ale nadal korzystam z zimowych pomarańczy. W lodówce zostało mi jeszcze kilka-naście. Przeważnie robię z nich sok, bo jestem uzależniona od witaminy C, czyli od prób i starań…, aby stać się… czarującą. Trochę karkołomne tłumaczenie, ale tak, tak, ha, ha…, cytrusy to przecież wit. C i karoten, wspaniałe przeciwutleniacze czyli duet zapobiegający starzeniu się. Do tego jeszcze potas, wapń i fosfor, czyli samo dobro, dzięki któremu możemy być zdrowsi i bardziej promienni.

beza Pavlowa z pomarańczą (1)

Dziś przychodzę z banalnym przepisem na bezę z czerwonymi pomarańczami. Wiem, wiem, że najpierw wytoczyłam pomarańcze,  teraz słodką armatę..., ale takie uroki, jak by nie było, końca zimy. Obiecuję, że się poprawię, a tymczasem... Beza jest chrupka dzięki wysuszonemu spodowi i jednocześnie miękka, a to jest zasługą jej piankowego wnętrza oraz serka mascarpone połączonego z bitą śmietaną. Słodycz bezy zrównoważyłam kwaskowatością pomarańczy i wyjątkowością prażonych migdałów, które po tym zabiegu stają się słodkie i miękkie. Tak dobre, że zasługują nawet na bycie osobna przekąską. Pomarańczy nie zesmażyłam na wiórki, więc wciąż mnóstwo w nich wit. C, a gdyby do takiej porcji bezy dodać szklankę soku pomarańczowego, to już będzie balans doskonały. Pomarańcze, mimo miodu, pozostają kwaskowe.

beza Pavlowa z pomarańczą (4)

Beza z karmelizowaną w miodzie pomarańczą i prażonymi migdałami 

4 białka
szczypta soli
200 g drobnego cukru
łyżka mąki ziemniaczanej
łyżka octu jabłkowego (albo winnego)

krem:
250 g serka mascarpone
250 g śmietanki 30-36%
1 łyżka cukru

pomarańcze:
2 -3 małe pomarańcze
3-4 łyżki miodu

podpieczone migdały (3-4 minuty smażone na patelni)

1. Piekarnik nagrzej  do 120°C.
2. Blachę wyłóż papierem, na którym narysujesz 20 cm okrąg.
3. Ubij białka ze szczyptą soli na niezbyt sztywną pianę, następnie dodawaj cukier po 1 łyżce dokładnie go ubijając. Beza musi być gęsta, błyszcząca i sztywna. Pod koniec dodaj mąkę ziemniaczaną oraz ocet i ubijaj jeszcze przez minutę.
4. Pianę wyłóż na narysowany wcześniej okrąg i delikatnie ukształtuj podnosząc jej brzegi ku górze.Wstaw do piekarnika i po 10 min. obniż temperaturę do 100 stopni. Piecz = susz dalej przez 80 minut. Zostaw do ostygnięcia. Bezę możesz przygotować dzień, lub dwa wcześniej.

Podczas pieczenia bezy przygotuj krem: Ubij śmietanę z łyżką cukru i osobno ubij mascarpone – za pomocą szpatułki połącz obie masy. Krem rozsmaruj na ostudzonej bezie..

I pomarańcze: Pokrój pomarańcze na plasterki. Na patelni rozgrzej miód i na rozgrzanym smaż pomarańcze. Ostudź. Wyłóż na krem rozlewając jednocześnie sos, który powstał. Posyp podpieczonymi migdałami.

beza Pavlowa z pomarańczą (6)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Chrusty Neli Rubinstein - ciasto, którego nie trzeba bić…


chrusty, faworki  (3)

Nigdy nie miałam wiecznego pióra. Miałam tylko chińską namiastkę, która wtedy wydawała mi się tym właściwym, tym wiecznym. Na początku stalówkę przyciskałam tak mocno, że robiła szpagat. Później traktowałam ją delikatniej, a pisanie przynosiło zadowolenie. To był koniec podstawówki i początek liceum. Wtedy pisałam dużo i codziennie. Wiadomo. Mimo, że  pióro pisało dość grubo, wydawało mi się, że pisząc nim jestem kimś wyjątkowym, bo przecież pisanie wyrabia charakter… pisma. Wtedy skupiałam się na tym charakterze. Razem z moją przyjaciółką miałyśmy idola piórowego i próbowałyśmy mu dorównać. Obie, pisząc i pisząc listy do siebie, dość nieświadomie naśladowałyśmy jego charakter pisma, bo te okrągłe “a”, te równe ogonki przy “gie”, “jot” i “igrek” robiły wrażenie. Później, kiedy przestałyśmy mieszkać w tym samym mieście, znajdując w skrzynce kopertę zaadresowaną do mnie (od Niej), zastanawiałam się czy ja sama do siebie napisałam…??? I choć wypełniłam tym piórem wiele zeszytów i napisałam sporo listów, to nie udało mi się dorównać wcześniej wspomnianemu ideałowi. Charakter pisma jednak, wyrabiany fascynacją, pozostał do dziś, a wiecznego pióra jak nie miałam, tak nie mam.

chrusty, faworki  (5)

Wieczne pióro, jak wieczne przepisy. Ot takie choćby chrusty. Smażone w tłusty czwartek były dla nas (dla mnie i mojego rodzeństwa) nie lada przysmakiem. A wywijanie kokardek wielką estetyczna przyjemnością. Ach…, a te ostatnie chruściki, z duża ilością cukru pudru, takie mocniej spieczone, nieudane, które zostawały na drugi dzień…! Nie wiem czy jest rodzina, która nie zna chrustów. Albo faworków, którą to nazwę poznałam mieszkając w Poznaniu. Profesor Jerzy Bralczyk, mówi, że chrust to określenie polskie, metaforyczne. Przyrównuje niewielkie, kruche ciasteczka do delikatnych, suchych gałązek. Natomiast obca nazwa faworek prawdopodobnie pochodzi od francuskiego słowa faveur – wstążeczka, gdyż wygląda bardzo podobnie do kokardki.

Kiedy po raz pierwszy samodzielnie robiłam chrusty z przepisu mojej mamy, nie wyszły mi takie pyszne i kruche jak jej. Choć ciasto biłam pałką długo i niemiłosiernie mocno, a i tak okazało się, że za słabo...  Kolejne razy były lepsze, gdyż zaczęłam zwracać uwagę na temperaturę. Już wiedziałam, że to nie wina zbyt słabego bicia ciasta, a nieumiejętności radzenia sobie z mocą ognia. Kiedy z ciastem bitym poznałam się już całkiem dobrze, odkryłam przepis na ciasto, które nie potrzebuje bicia, a wyrabiania i chwili odpoczynku. To przepis na chrusty Neli Rubinstein. Dwie łyżki rumu w cieście, zanim usmażymy ciasto, aromatyzują mieszkanie tak bardzo, jakby paliło się w nim kilka rumowych świeczek, a po upieczeniu kruche i delikatne ciasteczka, rozpływają się w ustach. Trzeba tylko pamiętać, aby podczas pieczenia ogień nie był zbyt słaby (czyli tłuszcz zbyt zimny), a po zwiększeniu mocy, uważać, aby się nie palił. Jeśli pierwszy raz nie wyjdą Wam tak kruche, jak marzyliście zabierając się do pracy, nic nie szkodzi, i tak będą smaczne. Na pewno narobią Wam apetytu na następny raz.
Ostatni i lo piekła chrusty Neli. To ona mnie zainspirowała, aby pokazać swoje.

Chrusty3Chrusty4

Chrusty Neli Rubinstein

1 jajko
2 żółtka
1 łyżka stołowa octu
2 łyżki stołowe rumu
2 łyżki stołowe cukru
1/4 łyżeczki soli
1/3 szklanki śmietany (kwaśnej)
2 łyżki stołowe miękkiego masła
2 szklanki (280g) mąki + mąka do podsypania ciasta

500g smalcu do smażenia lub 500g smalcu i tyle samo oleju (ja smażę pół na pół-E.)
cukier puder do posypania

1. W dużej misce ubij jajko i żółtka, następnie dodaj ocet, rum, cukier, sól i śmietanę. Dobrze wymieszaj. Dodaj zmiękczone masło i jeszcze raz dokładnie wymieszaj. stopniowo, po jednej szklance, wsypuj mąkę i dalej mieszaj ( o ile to możliwe elektrycznym mikserem). Gdy ciasto zrobi się bardzo sztywne, przełóż je na stolnicę obsypaną mąka i wyrabiaj tak długo, aż uformuje się w kulę i zacznie odchodzić od rąk. ( ja wyrabiam w tej samej misce, aż zacznie odchodzić od rąk i miski) – E.). Ciasto przykryj miską, wilgotną ściereczką, lub folią i odstaw na ok. 10 min.

2. Po tym czasie oderwij od ciasta kawałek i rozwałkuj na wysypanej mąką stolnicy na możliwie cienki i długi kawałek. Gdyby ciasto się kleiło, podsyp je delikatnie mąką. Gdyby kawałek ciasta zrobił się zbyt długi, przetnij go na pół i wałkuj tak długo, aż będziesz mieć pewność, że nie można go zrobić cieńszym. Każdy pasek potnij na “wstążki” grubości  ok. 3 cm Następnie każdą wstążkę pokrój w poprzek na kawałki długości 9cm. Na każdym wąskim pasku ciasta zrób jeszcze podłużne nacięcie długości ok. 2-3 cm, przez które przeciągniesz jeden z końców paska.

3. Smalec (ewent. smalec plus olej) włóż do dużego, ciężkiego rondla i rozgrzej do temperatury 180°C (niewielka kostka niezbyt świeżego chleba wrzucona na tłuszcz o tej temp. zbrązowieje w ciągu 45-50 sekund). Faworki połóż na tłuszcz, kilka razy obróć, a gdy ciasto spęcznieje i nabierze złocistobrązowego koloru, wyjąć. Trwa to wszystko bardzo krótko, nie więcej niż 10-15 sekund. Nie radzę wkładać do rondla zbyt wielu kawałków ciasta, a tylko tyle, ile będziemy w stanie skontrolować. Usmażone wyjmij z garnka i umieść na bibule, która, wchłonie cały tłuszcz. Gdy pierwsza partia faworków jest już usmażona i osączona z tłuszczu, posyp je cukrem pudrem (z obu stron) i odstaw.

4. Od ciasta oderwij kolejny kawałek i rozwałkuj go. Postępuj tak samo, jak z pierwszym. Wszystkie te czynności powtórz z pozostałym ciastem odrywając po kawałku. Jeśli nie chcesz smażyć wszystkich faworków od razu, ciasto możesz wstawić do lodówki lub zamrozić.

chrusty, faworki  (4)