Chociaż śnieg zdumiewa i cieszy mnie każdego ranka, skrząc się w poświacie statycznych świateł latarni, to ten za miastem jest
zupełnie innym śniegiem. Zatem pora wstać, wyruszyć w drogę… Zajrzeć za rogatki… Popatrzeć na las otulony śnieżnym puchem, na trzciny przypudrowane i pałki w białych czapkach drżące, na pola śniegiem obsiane i drzewa jak niedźwiedzie drzemiące.

Zaraz za Kanałem Resko mam tę odrobinę szczęścia i spotykam dwie sarny, które przebiegają mi drogę. Znikają. Mimo wszytko zatrzymuję się tam, gdzie one wcześniej, wyłączam silnik i nasłuchuję… Cisza… Nagle trzask pojedyncze złamanej gałązki i dwoje oczu spoglądających prosto na mnie… Za chwile druga para... Przez chwilę wpatrujemy się w siebie… ale nadjeżdżający samochód płoszy sarny i uciekają w stronę wydm. A ja dalej w drogę.
Jadę wolniej czując radość tego spotkania w najmniejszych komórkach mojego ciała. Rozglądam się na obie strony oczekując
jeszcze...
Zwierzęta, które spotykam w lesie za każdym razem powodują, że gdzieś w okolicach górnych kątów łopatek wyrastają mi… skrzydła:).




Śnieg za miastem to zupełnie inny śnieg, ale ten nad morzem jest
całkowicie innym śniegiem kiedy tak widzimy go z daleka i nie wiemy czy jest już śniegiem samym, cukrem pudrem, czy może piaskiem aż tak białym, że mrużymy oczy. A może przestrzenią wielką, westchnieniem i oddechem jednocześnie. Krok za krokiem po śniegu w nowe…, czyste…, nieskalane…, piasek biały jak puch, a horyzont jak milczenie… rozszerza się cały tylko dla mnie. Dla mnie i dla każdego z nas na tej plaży. Dla każdego osobno. Dla pary mocno trzymającej się za ręce przede mną, dla pana w zielonym odblaskowym sztormiaku i dla chłopaka z przeciwka, w czerwonej kurtce, który właśnie wyszedł pobiegać. Każdy ma SWÓJ HORYZONT, swój śnieg, swoje przemyślenia, odczucia i swoją radość niepowtarzalną, albo swoją melancholię właściwą tylko temu czasowi, temu niepowtarzalnemu tutaj i teraz… Moja radość przypływa z każda nową falą. Tabula rasa… jak śnieg. Początek i… wszytko przed nami.

To nic, że śnieg nagle zacina aż dech zapiera i odbiera głos. Nagle, kiedy spostrzegam foremkę do babki z pasku zostawioną tu kiedyś latem, przychodzą wspomnienia czasu, kiedy wszytko było proste. Wspomnienia przyklejonych nosów (moich i siostry) do szyby kiedy padał śnieg, rysunki na zmarzniętych szybach.., chodzenie po zaspach największych i radość z tego, że się człowiek zapadł najgłębiej ze wszystkich…, a później mnóstwo śniegu w walonkach. Czarne futerka kupione u ruskich w Bornym Sulinowie.Wspomnienia niedzielnych kuligów organizowanych prze tatę. Mama opatulająca nas jak “na wojnę” . Ciepły szalik i tłusty krem Nivea. Kilka par sanek dzieciaków z ulicy i ja ZAWSZE na końcu.
Maluch pędzi, ja na brzuchu trzymam się sanek najmocniej jak potrafię, coś krzyczę z radości…, śnieg spod płóz przede mną i kół samochodu przykleja się do rzęs, osiada na ustach – odruchowo zlizuje go czym prędzej - osiada na szaliku, zamarza, sztywnieje, ale ja tego nie czuję, mrużę oczy i ‘uhahana’ wewnętrznie proszę, aby moje sanki znów się “urwały”. Zatem postój, nowie wiązania i nadzieja taty, że “już teraz wszytko będzie dobrze” powiązana z moją, całkiem przeciwną, ale tylko w duchu szeptaną, że właściwie to… mogłabym urwać się jeszcze raz…:):):):).. Saneczkarstwo na brzuchu i radość w czystym wydaniu…!
Później chwilowy żal, że to już koniec, że powrót. Umowa z tatą, że za tydzień znów. A w domu zostawianie mokrych ubrań na w przedpokoju, policzki zaróżowione od śniegu, ciepła kuchnia, mama czekająca z pachnącym obiadem i zamarznięte ręce koniecznie myte w zimnej wodzie…A później zdziwienie, że sie rozgrzewają.
Ach co to była za radość dzika, co to była za radość szalona….! Kto doświadczył kuligów ten wie…




Czas wracać. Rzucam okiem na łodzie rybackie, na sikorki wcinające rokitnik (z którego przepyszne nalewki- ha..., zmarzniętemu nalewka na myśli...), wyławiam kolory nadziei i czuję jak z każdą falą przypływa wszytko co dobre i piękne, co niesie pokój. Z odpływem fali zostawiam to, czego nie chcę, to czego nie lubię, i to, co mi naprawdę nie służy. Z nową siłą, z nową mocą i energią, którą daje mi przestrzeń wracam do siebie. Na zupę czosnkową, ale o tym następnym razem...