Podobno mimozami jesień się zaczyna. Podobno. Właściwie mogłabym się z tym zgodzić, ale biorąc pod uwagę czas, kiedy zaczynają kwitnąć, czyli lipiec, zgadzać się nie chcę. Może właśnie w lipcu, kiedy jest jeszcze pięknie, a słońce wysoko i ostro oświetla każdy zakamarek po prostu jej nie zauważamy. Jeszcze jej nie zauważamy. Dopiero pod koniec sierpnia coś się zaczyna zmieniać. I wtedy gdzieś w sercu zaczyna kiełkować piosenka Niemena…
Chyba wszyscy kojarzą te rośliny. W stanie dzikim rosną na łąkach, nieużytkach, zaniedbanych ogrodach lub wzdłuż kolejowych torów. Kojarzycie te widoki przez okna pociągu…? Śpiewamy o nich, zbieramy je do bukietów, a nawet miodek z nich jemy. Jedliście? Dla mnie wyjątkowo pyszny. Żółciutki i lekko kwaskowy – taki lekki i świeży. Krystalizuje się przechodząc w postać kremu. Znacie już smak tego miodu? Wykazuje działanie moczopędne i żółciopędne, przeciwzapalne i dezynfekujące. Polecany na dolegliwości ukł. moczowego, prostaty, zapaleniu jelit, kamicy nerkowej. Posiada dużo rutyny i kwertycyny, które poprawiają ukrwienie nerek, a także żył kończyn dolnych.
Zatem miodek z mimozy to miodek z nawłoci, bo “polska mimoza” wbrew mylącej nazwie niewiele ma wspólnego z czułą, wrażliwą na dotyk, tropikalną rośliną o fioletowych kwiatach. Skąd nazwa – trudno dociec. Mamy mimozy ogrodowe, pospolite, późne i mimozę kanadyjską (solidago canadensis) – najczęściej występującą. Niektórzy wędrują do Kanady i tam juz zostają…, a mimoza… przywędrowała do nas i zdaje się polubiła Polskę:). A tak swoją drogą ciekawe czy opuściła Kanadę, czy też działa na dwa fronty…;)?
Mimozy mimozami, ale moja myśl o jesieni zaczyna kiełkować dopiero wtedy, kiedy astry zaczynają kwitnąć. Czyli gdzieś w okolicach połowy sierpnia. A swoją drogą mimozy, właśnie ze względu na budowę kwiatostanu należą do rodziny astrowatych. Jakże niedaleko tej mimozie do jesiennych astrów.
| |
A zatem jesień, Drodzy Państwo…??? Bo nawłoć i astry? Sama nie wiem(choć był MOMENT, kiedy bardzo mocno mi zapachniała…). Do 23 września jeszcze daleko. U mnie wciąż jeszcze ciepło, choć dopiero dziś pochmurno się zrobiło i pierwszy JAKBY jesienny deszcz spadł – chociaż pachniał letnio. Przedziwne…, bo wciąż mam na nogach sandały…
Drugim skojarzeniem, zaraz po astrach są KONFITURY. Te jesienne śliwkowe, jabłkowe i brzoskwiniowe. Od jakiegoś czasu mam takie smaki, których nie może zabraknąć w moich słoiczkach. Pewnie też bez niektórych smaków nie wyobrażacie sobie swojej kuchni… Jednym z moich ulubionych jest konfitura brzoskwiniowa. Bardzo lubię zabierać się do jej robienia. Wybierać piękne jędrne brzoskwinie, nieść do domu i myśleć jak… Ale po kolei…
Konfitura brzoskwiniowa
2kg brzoskwiń
500 g cukru
sok z 2 cytryn
4-6 lasek cynamonu
100ml porto
Brzoskwinie włożyć do garnka, miski i zalać wrzątkiem. Pozwolić im tam zostać przez 30 sek do 1 min. Jeśli będą krócej – konfitura będzie ze skórką, jeśli dłużej – łatwo zdejmiesz a nich skórkę(robiłam obie wersje i obie są smaczne).
Oddziel pestki i pokrój owoce w małą kostkę. Włóż do dużego garnka. Dodaj cukier, sok z cytryny i cynamon. Doprowadź do wrzenia. Ostudzone przelej do miski,, przykryj i wstaw na noc do lodówki.
Następnego dnia:
1. przecedź
2. sok wlej do garnka i zagotuj(sam sok)
3. dodaj owoce
4. gotuj aż uznasz, że już dosyć…
5. …wlewając syrop na lodowaty talerzyk
6. wyjmij cynamon i nakładaj do gorących słoiczków.
Ja swoje najpierw myję i wlewam w nie wrzątek, później, po napełnieniu wstawiam do piekarnika nagrzanego do 100 stopni C.
Konfitura jest pyszna! Polecam z ręką na sercu:) i łyżeczką zanurzoną w słoiku…Dodam, że w tym roku zrobiłam z czterech kilogramów…:)i… myślę, że to jeszcze nie koniec…
Jutro ma być 20 stopni:) Pięknej soboty i niedzieli!