W każdą sobotę wieczorem, długo po kolacji, kiedy już wszystkie naczynia zostały pomyte, a “pielgrzymki do lodówki” ustały, kiedy ktoś jeszcze oglądał telewizję, ktoś czytał przy nocnej lampce, a ktoś inny, jako ostatni miał całą łazienkę dla siebie (dodajmy, że by to czas, kiedy nie płaciło się za ilość zużytej wody…) trzeba było jeszcze umyć podłogę w kuchni i przedpokoju, aby na niedzielę wyglądała jak trzeba. Zazwyczaj robiła to mama, albo ja (starszeństwo zobowiązuje). I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie trzeba było doglądać ciasta. Aktywne oczekiwanie…, namiętność powtarzalna, ale jakby zupełnie nowa.
Najpierw jednak krzesła trzeba było postawić na stole, dokładnie zamieść całą podłogę, czasem nawet zahaczyć o przedpokój (częściej niż czasem, wiadomo…, sześć osób w domu sporo potrafi…), później miska z gorącą wodą, płyn, którego wlewałam więcej niż mama… i szmata. Od czasu do czasu rzucić okiem na zawartość piekarnika. Później skupić się na wszystkich zakamarkach, rowkach i miejscach przy szafkach. Czasem trafiła się jakaś niewidoczna paskuda, którą trzeba było nożem zeskrobać. Dokładność sprawiała mi przyjemność. Od czasu do czasu spoglądałam na piekarnik i na podłogę przede mną, która ściemniona wieczornym światłem błyszczała jak polakierowana. Później jeszcze “przejechać’ przedpokój manewrując tak, aby nie stanąć tam, gdzie już umyte. I jeszcze pilnować, aby komuś przypadkiem…, właśnie w tym czasie, nie zachciało się herbaty.
Aromat ciasta był tuż za przedpokojem… Teraz tylko zdjąć kapcie, aby śladów nie narobić, bo choć podłoga tak na pół podeschnięta. W skarpetkach, z grubo złożoną ściereczką w ręce otwierałam piekarnik. Buchało na mnie ciepło, a zaraz po nim odurzająca zmysłowość zapachu… Trzeba wyjąć ostrożnie, o tak…, aby tylko się nie poparzyć.
I wtedy właśnie jeszcze ktoś zjawiał się w kuchni. Zazwyczaj mama. Bo ona zawsze musi spróbować świeżo upieczonego ciasta. A miało chrupiącą skorupkę i twardą pyszną kruszonkę. Tam, gdzie się zapadła, smakowała jak marcepan. Odkrajałyśmy wtedy tylko brzeżek, tylko kawałeczek, aby spróbować i usnąć ze świadomością, że znów wszystko się udało.
Bo ciasto na niedzielę było zawsze. Nie muszę się zastanawiać, aby odpowiedzieć, że drożdżowe lubiłam i lubię najbardziej. I zawsze najbardziej lubiłam z porzeczkami. Z czarnymi też. A no i z agrestem, no, przecież. Dlatego od czasu do czasu, zazwyczaj w sobotę wieczorem, piekę drożdżowe i myjąc podłogi podglądam jak rośnie.
Ciasto drożdżowe z porzeczkami (przepis mojej Mamy)
rozczyn:
60g drożdży
łyżka cukru
2 łyżki mąki
3-4 łyżki ciepłego mleka
Ciasto:
3 szkl. mąki
3 jajka (jeśli bardzo małe to 4)
pół szkl.cukru
pół szkl. ciepłego mleka
szczypta soli
cukier waniliowy (opcjonalnie)
mniej jak pół szklanki oleju
kubek – półtora kubka porzeczek świeżych lub mrożonych
kruszonka:
mniej niż pół kostki masła(70-80g)
odpowiednio tyle samo cukru i mąki
1. Zrób rozczyn: pokrusz drożdże, dodaj cukier, mąkę i mleko. Odstaw na 10-15 min. do wyrośnięcia.
2. Wsyp pozostałe składniki do miski i wyrób ręką, bądź drewniana łyżką tak, aby wszystkie składniki dokładnie połączyć. Odstaw na 1 godz. do wyrośnięcia. Po tym czasie zamieszaj ciasto i odstaw jeszcze raz na 1 godzinę. Następnie wylej na blaszkę, posyp porzeczkami, albo innymi owocami (może być nawet dżem lub konfitura:)) i odstaw na jakieś 30-40 min.
4. Przygotuj kruszonkę: w małe miseczce palcami utrzyj masło z cukrem i mąką, odstaw.
3. Piekarnik nagrzej do 180°C. Posyp ciasto wcześniej przygotowaną kruszonka - więcej kładź na brzegach, mniej na środku, bo kruszonka zapadnie się. Wstaw ciasto i piecz 30-40 min. Jeśli zbyt szybko ciemnieje przykryj je papierem.