niedziela, 19 lutego 2012

Drożdżowe mojej Mamy na niedzielę


drożdżowe mamy (2)  

W każdą sobotę wieczorem, długo po kolacji, kiedy już wszystkie naczynia zostały pomyte, a “pielgrzymki do lodówki” ustały, kiedy ktoś jeszcze oglądał telewizję, ktoś czytał przy nocnej lampce, a ktoś inny, jako ostatni miał całą łazienkę dla siebie (dodajmy, że by to czas, kiedy nie płaciło się za ilość zużytej wody…) trzeba było jeszcze umyć podłogę w kuchni i przedpokoju, aby na niedzielę wyglądała jak trzeba. Zazwyczaj robiła to mama, albo ja (starszeństwo zobowiązuje). I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie trzeba było doglądać ciasta. Aktywne oczekiwanie…, namiętność powtarzalna, ale jakby zupełnie nowa.
Najpierw jednak krzesła trzeba było postawić na stole, dokładnie zamieść całą podłogę, czasem nawet zahaczyć o przedpokój (częściej niż czasem, wiadomo…, sześć osób w domu sporo potrafi…), później miska z gorącą wodą, płyn, którego wlewałam więcej niż mama… i szmata. Od czasu do czasu rzucić okiem na zawartość piekarnika. Później skupić się na wszystkich zakamarkach, rowkach i miejscach przy szafkach. Czasem trafiła się jakaś niewidoczna paskuda, którą trzeba było nożem zeskrobać. Dokładność sprawiała mi przyjemność. Od czasu do czasu spoglądałam na piekarnik i na podłogę przede mną, która ściemniona wieczornym światłem błyszczała jak polakierowana. Później jeszcze “przejechać’ przedpokój manewrując tak, aby nie stanąć tam, gdzie już umyte. I jeszcze pilnować, aby komuś przypadkiem…, właśnie w tym czasie, nie zachciało się herbaty.
Aromat ciasta był tuż za przedpokojem… Teraz tylko zdjąć kapcie, aby śladów nie narobić, bo choć podłoga tak na pół podeschnięta. W skarpetkach, z grubo złożoną ściereczką w ręce otwierałam piekarnik. Buchało na mnie ciepło, a zaraz po nim odurzająca zmysłowość zapachu… Trzeba wyjąć ostrożnie, o tak…, aby tylko się nie poparzyć.
I wtedy właśnie jeszcze ktoś zjawiał się w kuchni. Zazwyczaj mama. Bo ona zawsze musi  spróbować świeżo upieczonego ciasta. A miało chrupiącą skorupkę i twardą pyszną kruszonkę. Tam, gdzie się zapadła, smakowała jak marcepan. Odkrajałyśmy wtedy tylko brzeżek, tylko kawałeczek, aby spróbować i usnąć ze świadomością, że znów wszystko się udało.

drożdżowe mamy1

Bo ciasto na niedzielę było zawsze. Nie muszę się zastanawiać, aby odpowiedzieć, że drożdżowe lubiłam i lubię najbardziej. I zawsze najbardziej lubiłam z porzeczkami. Z czarnymi też. A no i z agrestem, no, przecież. Dlatego od czasu do czasu, zazwyczaj w sobotę wieczorem, piekę drożdżowe i myjąc podłogi podglądam jak rośnie.

Ciasto drożdżowe z porzeczkami (przepis mojej Mamy)
rozczyn:
60g drożdży
łyżka cukru
2 łyżki mąki
3-4 łyżki ciepłego mleka

Ciasto:
3 szkl. mąki
3 jajka (jeśli bardzo małe to 4)
pół szkl.cukru
pół szkl. ciepłego mleka
szczypta soli
cukier waniliowy (opcjonalnie)
mniej jak pół szklanki oleju
kubek – półtora kubka porzeczek świeżych lub mrożonych
kruszonka:
mniej niż pół kostki masła(70-80g)
odpowiednio tyle samo cukru i mąki

1. Zrób rozczyn: pokrusz drożdże, dodaj cukier, mąkę i mleko. Odstaw na 10-15 min. do wyrośnięcia.
2. Wsyp pozostałe składniki do miski i wyrób ręką, bądź drewniana łyżką tak, aby wszystkie składniki dokładnie połączyć. Odstaw na 1 godz. do wyrośnięcia. Po tym czasie zamieszaj ciasto i odstaw jeszcze raz na 1 godzinę. Następnie wylej na blaszkę, posyp porzeczkami, albo innymi owocami (może być nawet dżem lub konfitura:)) i odstaw na jakieś 30-40 min.
4. Przygotuj kruszonkę: w małe miseczce palcami utrzyj masło z cukrem i mąką, odstaw.
3. Piekarnik nagrzej do 180°C. Posyp ciasto wcześniej przygotowaną kruszonka - więcej kładź na brzegach, mniej na środku, bo kruszonka zapadnie się. Wstaw ciasto i piecz 30-40 min. Jeśli zbyt szybko ciemnieje przykryj je papierem.

drożdżowe mamy

wtorek, 14 lutego 2012

Mandarynkowe tiramisu

Mandarynkowe tiramisu (2)

Nie lubi czekolady i kawy. Przynajmniej nie chce lubić… Zawsze, kiedy robię jej słodkie prezenty szukam czekolady białej, różowej, albo w jeszcze innym kolorze – ekwilibrystyka… - bo czekolad czekoladowych dziewczyna nie uznaje. Do tego kawa, której próbuje nie pić…Przyznam z boku, że z marnym skutkiem, ale próby podejmuje codziennie;). Bardzo chciałam zrobić dla niej tiramisu, lecz świadomość, że jego główne składniki są jej wielkimi wrogami nie pozwalała na zrobienie tego deseru. Pokombinowałam więc, użyłam mandarynek, Grand Marnier i żurawiny. Teraz mam całkiem nowe tiramisu. Jak dla mnie jeszcze lepsze.

Choć dziś, walentynki, nie przygotowałam tego deseru na dziś. Choć jest świetną propozycją, jeśli tylko skrzyneczka mandarynek czai się na Waszym oknie, a podłużne biszkopty w czeluści szafki czekają na swoją kolej… Przygotowałam go na przyjazd mojej siostry.

Po pierwszej prezentacji deseru usłyszałam zdziwienie, że jak to tak, taki wielki deser na raz…??? No…, nie trzeba na raz…, można połowę zostawić na następny dzień... Jednak uwierzcie mi, deser zaczynał znikać, jak tylko pojawiły się pierwsze obrazy filmu “O północy w Paryżu”. Tak z mojego, jak i z jej talerzyka. I według mnie jest lepszy niż film. Godny Paryża. Serio. Polecam z tęsknotą za kolejną porcją…

Mandarynkowe tiramisu

Tiramisu mandarynkowe
4 porcje

5 jajek
pół szklanki cukru
200 g biszkoptów (najlepiej podłużnych) LUB 400 g (jeśli przygotujesz deser w jednym naczyniu, pozostałych składników nie musisz podwajać)
500 g serka mascarpone
3/4 szklanki soku z mandarynek (6-8 sztuk)
skórka starta z jednej mandarynki
2 garści żurawin (malin, kiwi… – kwaśne owoce)
2 łyżeczki soku z cytryny
4-5 łyżeczek Grand Manier
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

1. Żółtka utrzyj z cukrem na puszystą, jedwabistą masę. Dodaj mascarpone, skórkę z mandarynki, sok cytrynowy i ekstrakt waniliowy. Włączając mikser na najwolniejsze obroty połącz wszystko delikatnie. W osobnej misce ubij białka na sztywno, następnie delikatnie dodaj je do przygotowanego wcześniej kremu i wymieszaj.
2. Wyciśnięty sok z mandarynek połącz z likierem Grand Manier. Wlej go do talerza (do zupy) i zanurzaj w nim ciastka.
3. Układaj je jedno obok drugiego, jako pierwszą warstwę, na dnie prostokątnego naczynia, na talerzykach, bądź w pucharkach. Druga warstwa to żurawina. Jeśli owoce są duże przekrój je. Teraz połóż warstwę kremu, a na nią znów biszkopty i jeszcze raz krem.

Teraz najlepiej na 5-6 godzin do lodówki, a później niech każda łyżeczka tego tiramisu będzie dla Was rozkoszą!

Mandarynkowe tiramisu (7)Mandarynkowe tiramisu1

Poza tym jest zima i jest biało, bo śniegu pod dostatkiem, a mrozu czasem nawet za dużo. Ale jest dobrze, bo w końcu i do nas zawitała. I jest szansa na grzybne lato, proszę Państwa:).

Przytulajcie się nie tylko dzisiaj, uśmiechajcie, jak co dzień i bądźcie dla siebie mili jak ZAWSZE !
Uścisków moc dla Wszystkich Drogich Was, którzy tu buszujecie !

Mandarynkowe tiramisu (1)

środa, 1 lutego 2012

Pulla, Irena…, Wisława…, Hania i Jowisz


pulla (13)

Grube rajstopy, dodatkowe skarpety, rękawiczki i czapka. Trochę jak bałwanek. Bo śniegiem POPRUSZYŁO i zamroziło. Wszystko. Szkoda tylko roślin, których śnieg nie otulił, pomarzną korzenie biedakom…
I szkoda Ireny Jarockiej, która według mnie była niezwykle podobna do Jane Seymour. Czytałam, że gdy ludzie ją pytali, co robi, że tak dobrze wygląda, to odpowiadała, że to wypływa z duszy, że mama nauczyła ją, iż trzeba dbać o to, co jest w środku i na wierzchu… Pięknie powiedziała. Więcej takich dusz, poproszę. Zostaną po niej “Kawiarenki…”, a my nadal w przypływie dobrego humoru będziemy nucić “Motylem jestem”.

I żal Wisławy… Mistrzyni ciepłej ironii, jak powiedział ktoś w “Trójce”.
“...Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.......
Szkoda i żal… umrzeć - tego nie robi się kotu".

Wyciągam swój tomik “Tutaj” i czytam:
“Żyjemy dłużej,
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami….

…A my na piątym biegu
i – odpukać – zdrowi” .

Zostaną nam wiersze pełne detali i głębi… Bardzo szkoda, bo to znów koniec epoki… Jakby. I" nie spotkamy się już nigdy więcej. Nigdy. Kolorowe sny rozwieje wiatr, zatrze czas..."

I tak się kulam od kilku dni. Z różnymi emocjami, takimi zimowymi bardzo... Między jednym miastem a drugim. Między odwiedzinami mojej siostry i deserem dla niej ( o tym przy następnej okazji), a pierwszymi urodzinami Hani i pysznie zastawionym stołem przez Jej Rodziców..
Trochę za często wycieram nos… Wtedy jednak przychodzi odsiecz w postaci kanapek z czosnkiem, grzanego piwa mojej mamy i moczenia nóg w wywarze z obierek ziemniaczanych… Wypijam tony soku z cytryny, ciągle mam ochotę na pomarańcze i… sen. I jeszcze na słodkie… A najlepiej drożdżowe. Jak dobrze, że się “ruszam”. 15 regularnych godzin ćwiczeń w tygodniu to nie taka bagatelka, ale przy dawnych 40 w tygodniu to “pesteczka”. Zatem czasem mogę sobie pozwolić nawet na taka bułę. Czasem…;).

PullaPulla1

Praca z tym ciastem to sama przyjemność, a zapach, który wydobywa się z piekarnika przyciąga nawet sąsiadów z piętra niżej… jeśli tylko będą w domu:). Ja nie mogłam się oprzeć i do mojej pulli dorzuciłam marcepan. Nie jest konieczny, ale jaki dobry…:).

Oto wielokrotnie sprawdzony przepis bezpośrednio od fińskiej babci przystosowany do realiów polskich.

Pulla (inspiracja: Ambasada Finlandii)

0,5 l mleka (lub wody)
50 g świeżych drożdży
1 jajo
3 łyżeczki soli
200 g cukru (daję odrobinę mniej)
1 łyżka stołowa kardamonu
900 g mąki
200 g masła

Do posypania przed zwinięciem bułek:
1-1,5 brązowego cukru
50 -100 g stopionego masła
100-150- 200 g marcepana
2-3 torebki cynamonu

Do smarowania bułek przed pieczeniem:
Rozbełtane jajko
do posypania: cukier lub inne dodatki wg. własnych preferencji (np. migdały)

Wykonanie:
1. Mleko lekko podgrzej, zdejmij z ognia i wkrusz do niego drożdże (mleko ma być lekko ciepłe, nie gorące)
2. Do mleka z drożdżami dodaj jajko, sól, kardamon, cukier, wszystko wymieszaj.
3. Do dużej miski wsyp odmierzoną mąkę i powoli wlej do niej mleczną mieszankę. Wszystko dokładnie wymieszaj
4. Następnie dodaj stopione masło i zacznij “wyrabiać” ciasto - powinno być gładkie i matowe oraz swobodnie odklejać się od ręki; jeśli potrzebujesz dosyp trochę mąki.
5. Odstaw w ciepłe miejsce na pół godziny
6. Podziel ciasto na mniejsze porcje – najlepiej na 4 - i każdą rozwałkuj na prostokąt, grubości 3 mm (jeśli wolisz grubsze, może być i grubsze – weź pod uwagę, że ciasto sporo wyrośnie)
7. Każde z rozwałkowanych ciast posmaruj stopionym masłem i wedle uznania – szczodrze lub skromnie - posyp brązowym cukrem i cynamonem. W tym miejscu możesz zetrzeć marcepan.
8. Zwiń ciasto wzdłuż dłuższego boku – ewentualnie każdy sam może sobie wypróbować różne opcje wg. zasady kto co lubi, czy zawinięcia mają być gęste czy nie.
9. Zwinięty w rulonik wałek ciasta posmaruj rozbełtanym jajkiem i posyp np. cukrem i pokrój na bułeczki. Ja kroję mniej więcej na odcinki 3-4 cm.
10. Połóż na blachę i piecz do uzyskania rumianego koloru ok.5-7 min. w temp. 200 st. C

Moje ciasto podzieliłam na trzy części. Z dwóch uplotłam 2 wieńce (takie, jak na zdjęciu, które piekłam osobno, gdyż każdy zajmuje jedną blachę), a z pozostałej części upiekłam bułeczki pracując z nimi tak, jak mówi punkt 4.).
Aby zrobić wieniec potrzebujesz jeden zwinięty rulon cista. Przekrój go wzdłuż nie kończąc przekrawania (część początkowa zostaje nie przekrojona). Teraz chwyć oba końce i delikatnie przekładaj formując swego rodzaju warkocz. Teraz zlep brzegi i połóż wieniec na blasze.
Jeszcze rozbełtane jajko i cukier do posypania

Gotowe ostudź i jedz ze smakiem – nie ma co ukrywać, że najlepsze są w dniu wypieku :-), ale mi nawet po tygodniu sprawiały niekłamaną przyjemność…


pulla (12)

I byłabym zapomniała. Było jeszcze wtorkowe wypatrywanie Jowisza przy Księżycu… Takie ujęcia przed snem… Dobrze mieć okna na południe:)

Księżyc i Jowisz

I jeszcze jedno. Jeśli mieszkasz w Gdyni i lubisz chodzić z kijami, to 11 lutego odbędzie się spotkanie oraz wspólny rajd z twórcą Nordic Walking Marko Kantanevą. Taka wyjątkowa sprawa, ale ja niestety nie dam rady…:(. Więcej wiadomości TUTAJ.

niedziela, 22 stycznia 2012

Croissanty Pierra Hermé - moje ulubione…


croissanty (2)

Było ciemno i cicho.

Rzecz w tym, że nie nastawiałam budzika. Po całym tygodniu pracy deficyt snu był czymś niezwykle odczuwalnym. Więc zastanawiałam się teraz, która to może być godzina… Może siódma…? Przekręciłam się na drugi bok, usiłując spać dalej. Bez skutku. Wyspane oczy podpowiadały, że już czas, że noc już się dla mnie skończyła. Może jest siódma…? Później na pewno nie, za ciemno…- zastanawiałam się sięgając po budzik. Nigdy bym na to nie wpadła…, jeszcze 6:00 wchodziła w grę, ale nie 4.40…??? Poczucie wyspania o 4.40 ??? Słyszał ktoś o czymś takim ??? Zważywszy jednak na to, że wczoraj “padłam” już o 20:30, to przeliczmy… przespałam ponad 8 godzin. I o co tyle krzyku…?

Ucieszyłam się niewymownie, bo dziś chciałam zrobić croissanty i obliczając czas potrzebny na przygotowanie ciasta okazało się, że uda mi się je zrobić na późne śniadanie, a nie na podwieczorek, jak planowałam. Nic przyjemniejszego, prawda? Zatem o 5 rano, a raczej w nocy, zważywszy na ciemność za oknem, świeżutka i zregenerowana, jak dawno, przystąpiłam do zagniatania ciasta na croissanty.

Z głośniczków sączył się wyjątkowo miękki głos Sary Tavares - mój świąteczny prezent. Składałam, wałkowałam i smarowałam masłem ciasto, a dzień wstawał wietrzny, deszczowy i szary. Popijałam sok pomarańczowy, później gorącą kawę i już wiedziałam, że to nie będzie sobota, która “przeleci przez palce”. Przede mną były dylematy jaki kolor ścian w kuchni, a jaki w przedpokoju. Kawa z mlekiem czy czekolada ? Stanęło na tym, że w obu kolor czekolady, a… I na to miałam całą długą sobotę.

croissant1

Przepis przetestowałam już kilka razy zawsze robiąc rogaliki z podwójnej porcji ciasta. Wychodzi wtedy 12-14 rogalików. Przy czym do tej podwójnej porcji nie daję 250 g masła, ale 170-180 g, gdyż, jak dla mnie, rogaliki z taką ilością masła wychodziły zbyt tłuste, ale zrobisz jak zechcesz… Do tego najfantastyczniejsze w przepisie jest to, co sama przetestowałam, a o czym nie pisze Pierre. A mianowicie ciasto możesz zrobić dzień wcześniej, i po wszystkich wałkowaniach i składaniach, zostawić je w lodówce, wyjąć dnia następnego rano i na śniadanie mieć ciepłe świeże croissanty. Tak jest jakby o wiele szybciej. Polecam!

Croissanty (Pierre Hermé “Desery”)

15 g masła
5 g drożdży
80-85 ml (5-6 łyżek) wody, o temp. 20°C - letniej
210 g mąki tortowej (typ 450)
4 g (niepełna łyżeczka) miałkiej soli
30 g drobnego cukru (2 łyżki)
5 g ( 1 łyżeczka) pełnotłustego mleka w proszku – dałam sojowe-E.
125 g masła o temp. pokojowej

CIASTO:
1. W rondelku roztopić 15 g masła. Drożdże pokruszyć do miseczki, wlać wodę i dokładnie wymieszać. Mąkę przesiać do dużej miski, dodać sól, cukier, mleko w proszku, roztopione masło i rozprowadzone wodą drożdże.
2. Ciasto wyrabiać ręcznie, stopniowo zagarniając mąkę, aż składniki się połączą i ciasto będzie gładkie. Jeśli jest zbyt zwarte dolać więcej wody (zawsze dodaję – E.)
3. Ciast włożyć do miski i przykryć folią spożywczą. Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce (22°C) na 60-90 min.
4. Ciasto uderzyć pięścią, aby opadło i ulotnił się dwutlenek węgla, powstały podczas fermentacji. Miskę z ciastem przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki (4°C) na około godzinę, aż ciasto podwoi objętość. Ponownie uderzyć je pięścią, aby opadło i wstawić do zamrażalnika ma 30 min.
5. Masło włożyć do miseczki i utrzeć na gładką masę (jeśli jest wystarczająco miękkie nie ma potrzeby- E.). Ciasto rozwałkować na prostokąt długości 3 razy większej niż szerokość. Rogi dokładnie wyrównać. Połowę masła rozłożyć palcami na 2/3 długości ciasta i złożyć je 3 razy ( jak torebkę kopertówkę-E.). Rozwałkować i ponownie złożyć je 3 razy. Złożone ciasto wstawić do zamrażalnika na 30 min, a następnie do lodówki na godzinę.
6. Wałkowanie i składanie ciasta powtórzyć jeszcze raz, rozkładając pozostałe masło. ciasto wstawić do zamrażalnika na 30 min., a następnie do lodówki na godzinę.

PRZYGOTOWANIE ROGALIKÓW:
1. Ciasto rozwałkować na placek grubości 6 mm.
2. Wykroić trójkąty o podstawie 14 cm i wysokości 16 cm. Każdy trójkąt zrolować od podstawy w kierunku wierzchołka i nadać mu kształt rogalika.
3. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia i rozłożyć na nim rogaliki. Do miseczki włożyć żółtko, dodać niewielką ilość wody i roztrzepać. Za pomocą pędzelka posmarować nim croissanty. Pozostawić do wyrośnięcia na godzinę.
4. Nagrzać piekarnik do temperatury 220°C.
5. Croissanty ponownie posmarować żółtkiem i wstawić do piekarnika. Piec przez 5 minut w temp. 220°C. Obniżyć temp. do 190°C i croissanty piec dalej przez 10 min.( u mnie 15 - E.).

Lekko ostudzić podawać na słodko, jak również na słono. I nie ma co ukrywać, że najlepsze w dniu pieczenia. Ja jestem w nich zakochana…:)


croissanty (4)

Dlaczego ciasto na croissanty musi opaść dwukrotnie?

W przepisie dwukrotnie zaleca się uderzanie ciasta pięścią po jego wyrośnięciu, aby ciasto opadło i ulotnił się dwutlenek węgla. Każde uderzenie zastępuje kolejne wyrabianie ciasta ponieważ: drożdże, które już sfermentowały na odżywczym podłożu, w zetknięciu z nowym podłożem mają sprzyjające warunki do rozmnażania się. Jest to intensywne rozmnażanie: jeden grzyb wytwarza dwa grzyby, każdy z tych dwóch wytwarza następne dwa itd. Po dwudziestu podziałach każdy grzyb rozmnożył się na ponad 30 000 nowych komórek, które uczestniczą w procesie fermentacji i wyrastania ciasta.

croissanty

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Styczniowe morze i bułeczki drożdżowe z żurawiną i marcepanem


Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (18)

Z radia płynęły sobotnie wiadomości o zakorkowanej “Zakopiance”. Co godzinę przestrzegano kierowców odcinkach zasypanych to tu , to tam… Słuchałam o tym, że z powodu warunków atmosferycznych skoki narciarskie w Bad Mittendorf zostały odwołane, później, że w pierwszym tygodniu stycznia o 35 proc. spadła w aptekach sprzedaż leków i innych produktów medycznych, a sprzęt i wyposażenie misji w Afganistanie w latach 2007-2011 Polska wydała niemal 2 mld zł… W trakcie dzwoniła do mnie Jaga, która chciała się troszkę pożalić, że tak stoi i stoi w tym "radiowym korku" i prawie ani drgnie…, a przecież na narty chciała.. A u nas nic, niebo też ani myślało drgnąć i wydać choćby pięć płatków śniegu… Choćby...

Choinka sąsiadów, drżąc od tygodnia na balkonie, wystawiała swe, wciąż zielone, ramiona do pierwszego styczniowego słońca. Jeden z sąsiadów podobnie, wyszedł w koszuli, przeciągnął się jak zaspany kot, uśmiechnął szeroko i zamykając za sobą drzwi balkonowe zniknął w cieple pokoju. Ja też, stęskniona słońca i światła, uśmiechałam się do nieprzyzwoicie niebieskiego nieba. Słuchając o tych prognozach pogodowych spoglądałam na zegarek licząc minuty do wyjęcia moich bułeczek z piekarnika. Czas, jak zwykle w takich momentach, wyjątkowo zwolnił... Zaczęłam zakładać cieplejszą podkoszulkę i gruby sweter, włożyłam buty i wybierałam czapkę… Na spacer chciałam. Wreszcie… W końcu wyjęłam drugą blachę bułeczek, porwałam jedną z nich, przewiesiłam przez ramię aparat, wzięłam rękawiczki i tak uzbrojona byłam gotowa aby zmierzyć się z szalejącym wiatrem. Bo u nas wieje. I to jak… Zacina, gwiżdże, wyje, śpiewa w kominie i przenika do szpiku kości. Czasem nawet trochę zalewa, kiedy za bardzo zbliżysz się do brzegu… Zresztą zobaczcie sami… Tylko kaptur trzeba założyć - koniecznie.

Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (9)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (5)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (1)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (2)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (3)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (8)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (6)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (7)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (4)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (10)Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (11)

Aż nie chce się wierzyć, że to to samo łagodne morze co latem, prawda? A jednak… Po drugiej stronie stronie dużo słońca dla równowagi i…

Nowy folder

obietnica wiosny, a może jesień jeszcze…?, bo już sama nie wiem czy ta trawa jest NADAL zielona, czy może ZNOWU zielona…???

Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (14)

W każdym razie przewiało mnie we wszystkie strony. Czułam ten przysłowiowy szpik…, czułam okostną, otrzewną i wszystko pozostałe…, ale po powrocie, na szczęście, czekał mnie dalszy ciąg z bułeczkami. Wciąż jeszcze ciepłymi. Z kwaskową żurawiną, rozgrzewającym cynamonem i słodkim marcepanem. Dacie głowę, że zjadałam trzy…? Bez opamiętania… Polecam, bo pyszne! Do ciasta drożdżowego dałam i mleko i śmietanę, dzięki czemu smak podobny jest do ciasta twarogowego. Najlepsze w dniu pieczenia. Zapraszam!


Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (17)

Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (21) Nowy folder1

Drożdżowe bułeczki z żurawiną i marcepanem
12 sztuk

160-180 g cukru (6 łyżek)
łyżeczka soli
150 g masła (3/4 kostki)
łyżeczka startej skórki pomarańczowej
3 1/2 szklanki przesianej mąki
2 łyżeczki suchych drożdży
pół szklanki mleka
pół szklanki śmietany 18%

1. Masło z cukrem zmiksuj na gładko, dodaj śmietanę i mleko i skórkę dokładnie miksując.Teraz mąka i drożdże, aż cisto będzie jedwabiste. Jeśli trzeba dosyp odrobinę mąki. Miskę wysmaruj oliwa, włóż do niej ciasto, przykryj folia spożywczą i odstaw aby podwoiło swoją objętość na 60-90 min.
2. Po tym czasie rozwałkuj ciasto na duży prostokąt (60-30cm). Posyp mieszaniną cukru i przypraw, zetrzyj marcepan na tarce i wyłóż żurawiny.
3. Następnie zwiń ciasto w rulon i pokrój na 12 sztuk (mają to być mniej-więcej 2 cm plastry). Ułóż je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (6 sztuk na klasyczna blachę piekarnikową). Pozostałe sześć możesz wyłożyć na inną blachę, albo ułożyć w tortownicy, wtedy będą bułeczkami do odrywania). Pozwól im pół godziny rosnąć (tej drugiej partii godzinę, jeśli będziesz piekła dwa razy; nie zaszkodzi im dłuższy czas wyrastania).
4. W tym czasie ustaw piekarnik na 180°C. Piecz 20-25 min. Po upieczeniu posmaruj lukrem pomarańczowym i zjadaj ze smakiem:)

Nadzienie żurawinowe
1/4 szkl. cukru
łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
szczypta gałki muszkatołowej
2 szkl. żurawiny
100 g marcepana
Wymieszaj wszystko, oprócz żurawiny i marcepana w jednej miseczce.

Lukier pomarańczowy
1,5 szkl. cukru pudru
1 łyżka soku pomarańczowego
3 łyżki mleka
1-2 łyżeczki skórki pomarańczowej

Połącz wszystko w jednej miseczce.


Styczniowe morze i bułeczki z zurawiną i marcepanem (19)

Nowy folder2

Dobrego tygodnia dla Was, którzy cieszycie się śniegiem i dla nas, mniejszości, która wciąż pozostaje w oczekiwaniu... !

A..., i koniecznie zajrzyjcie dziś do "moich dźwięków" na You Tube po prawej stronie...:):):). To dla Was i dla mnie na dziś, na jutro i na zawsze:)

sobota, 14 stycznia 2012

Babeczki kajmakowe z kremem kajmakowym

Babeczki z maślanym kremem krówkowym

Kajmak jest moją wielką słabością. Kiedyś gotowałam mleko cukrem, kroplą olejku waniliowego i odrobiną soli. Długo sie gotowało… – za długo. Ale czas próbowania “czy już jest dosyć gęsty” był wyśmienitym czasem.
Później gotowałam słodkie skondensowane mleko w puszce przez 2 godziny (w wysokim garnku wypełnionym wodą). Teraz na szczęście można dostać gotowy w puszkach. Zawsze mam przynajmniej dwie w zapasie. I zawsze mam na niego ochotę w zupełnie nieodpowiednim momencie. Późnym wieczorem. Fatalnie…, wiem. I często ze sobą walczę: “Otworzyć…? – nie otworzyć…? Może wypiję szklankę wody i przejdzie mi…” Piję tę szklankę i… nic. Szklanka wody to nie krem krówkowy. Szklanka wody to nie dulche de leche jak nazywają go Hiszpanie i cała Południowa Ameryka. “Idź już spać , dziewczyno i daj spokój, a nie o puszce myślisz… “. Są takie momenty, że zdrowy rozsądek wygrywa, są też takie, kiedy ręce zupełnie beż udziału mojej świadomości (..;) otwierają tę puszkę… Wtedy może wystarczyć tylko jedna łyżeczka, a czasem… pół puszki…
A może powinnam skończyć z takimi zapasami…??? Wtedy nie byłoby wieczornych “zachcianek”, ale... nie byłoby też…
Bo powiedzcie, czy mieliście kiedyś ochotę na niego rano? Ja (niestety) tak. Ale rano jeszcze nigdy mnie nie skusił w swojej czystej postaci. Poddaję się tylko wieczorem;).
Tym razem jednak zrobiłam wyjątek. Zamknęłam go właśnie w babeczkach. Dwie, jeszcze ciepłe, były w sam raz na słodkie śniadanie. Do pozostałych zrobiłam kajmakowo-maślany krem na podstawie włoskiej bezy (taki angielski krem do babeczek) i jakby tego było mało polałam resztką mleka, które zostało w puszce. Ale to już fanaberia;) i fantastyczny kajmakowy zawrót głowy!

Babeczki z kajmakiem
12 sztuk

70 g miękkiego masła
pół szklanki cukru
1/2 łyżeczki soli
pół szklanki kajmaku( używałam Firmy Bakaland)
2 jajka
łyżeczka ekstraktu z wanilii
3/4 szklanki śmietany(18%)
1 i 3/4 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
duża szczypta sody

1. Rozgrzej piekarnik do 180.
2. W większej misce utrzyj masło, cukier i sól na puszystą masę. Stopniowo dodawaj kajmak, a później jajka po jednym, dokładnie ucierając zawartość miski. Następnie dodaj śmietanę i połącz jak wcześniej. Teraz dodaj suche składniki (mąka, proszek do piecz., soda) i wymieszaj wszystko SZYBKO.
3. Masą napełnij papilotki i piecz 20-25 min do zrumienienie babeczek. Ostudź, jeśli chcesz zrobić do nich krem.

Krem maślany

2 białka
pół szklanki cukru pudru
szczypta soli
70 g masła
2 duże łyżki kajmaku
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

1. Ubij białko z cukrem i solą. Ustaw miskę na garnku z gotująca wodą i upewniając się, że garnek nie dotyka wody, ubijaj aż piana osiągnie temperaturę 70°C.
2. Ochłodź bezę – 10 min. wystarczy. Do bezy dodaj dwie łyżki i miksuj mikserem ustawionym na niskie obroty, zwiększ prędkość i dodaj pozostałe masło. Miksuj aż krem będzie puszysty i gładki (przez chwilę będzie wyglądał jak zważony, ale nie zrażaj się tym). Teraz dodaj kajmak i połącz dokładnie.
Kremem smaruj babeczki używając szprycy dekoratorskiej, czy końcówki do wyciskania włożonej do woreczka.

IMG_8928

Fantastycznej soboty!

niedziela, 8 stycznia 2012

Mandarynkowy crème brûlée

mandarynki (1)

Witam was w Nowym Roku. Dziękuję za wszystkie życzenia, które od Was otrzymałam. Cokolwiek spóźniona przychodzę, ale niezmiennie życzę Wam wszystkiego co najpiękniejsze! Marzeń i postanowień spełnienia (jeśli takich dokonaliście), uśmiechu w sercu i zmarszczek tylko śmiechowych, długich i ciekawych wieczorów, poczucia wyspania po obudzeniu… i czasu, czasu czasu na te wszystkie spełnienia marzenia i zamierzenia. Tego życzę i Wam i sobie a ja postanawiam…, postanawiam w tym roku odbierać rzeczywistość z wdzięcznością. Trzymajcie za mnie kciuki.


Crème brûlée

Pod choinka znalazłam palnik, więc wybór tego deseru był oczywisty.
Bo czy mając już taki sprzęt można się oprzeć kremowej mandarynce pod chrupiącą skorupką…???

Mandarynkowy crème brûlée (inspiracja: Tartalette)
5-6 porcji

2/3 szklanki cukru
3 jajka
6 żółtek
3 płaskie łyżki mąki
115g masła roztopionego i ochłodzonego
starta skórka z dwóch mandarynek
2/3 szklanki soku z mandarynki
1 łyżka Grand Manier
łyżeczka cukru na każda kokilkę

1. Jajka i żółtka ubij w dość dużej misce na jasną “wstążkę” – tak, jak na biszkopt, aż krem będzie jasno żółty. Następnie dodaj masło i mąkę i dokładnie wymieszaj. Później sok i startą skórkę z mandarynek.
2. Krem umieść na średnim ogniu i podgrzewaj do zagęszczenia stale mieszając przez 5-8 min. Nie dopuść do zagotowania. Zdejmij z ognia, dodaj Grand Manier.
3. Włóż do przygotowanych wcześniej foremek (u mnie 5 o średnicy 7,5cm). Każdą z nich przykryj folią, aby masa nie przyschła od góry. Ostudź, następnie wstaw do lodówki. 4 Przed podaniem wyjmij z lodówki, posyp łyżeczką cukru i przez kilka chwil “opiekaj” specjalnym palnikiem aż cukier się rozpuści i stanie się chrupiącą skorupką.

Jeśli nie masz palnika możesz wstawić krem pod mocno rozgrzany grill w piekarniku i zapiekać krem z cukrem przez kilka chwil aby osiągnąć ten sam efekt.


mandarynki